sobota, 20 grudnia 2014

Rozdział 26

WAŻNA NOTKA NA KOŃCU! 

    Minął tydzień od tej wystawy Harry'ego. Nie mogłem wytrzymać klimatu Nowego Yorku, zachowania Vivienne wobec mnie oraz świadomości, że Loczka tu nie ma, więc również wyjechałem. Od rana do wieczora siedziałem na budowie kolejny dzień z rzędu i pilnowałem jednej z najlepszych inwestycji tego roku. Obecnie opierałam się o płot z papierosem w ręce (tak, tak... nigdy nie lubiłem tego świństwa, a teraz paczka fajek to moja przyjaciółka), na głowie miałem żółty kask, na oczach okulary przeciwsłoneczne, a na garniturze pomarańczową kamizelkę odblaskową. Rozglądałem się po ogromnym placu i obserwowałem pacę robotników, gdy nagle poczułem czyjąś dłoń na ramieniu. Obróciłem się i ujrzałem starszego mężczyznę w czerwonej koszuli z krótkim rękawem i szelkach. Na głowie miał kapelusz i uśmiechał się szeroko, ale również z zaciekawieniem lustrował mnie wzrokiem.
     - Przykro mi, nie może pan tutaj przebywać.- prychnąłem i uniknąłem mężczyzny.
     - Pan Louis Tomlinson?- zapytał serdecznym tonem. Nie zwróciłem na niego zbytniej uwagi i wróciłem do swoich zajęć.- Zna pan Harry'ego, prawda?- zapytał, a ja zamarłem w pół kroku. Przełknąłem ślinę i spojrzałem na niego. Nadal się uśmiechał ciepło i zachęcał, żeby mu zaufać.
     - Co jest z Harrym?- zapytałem łamiącym się głosem. Nie widziałem nic w gazetach, żadnej wzmianki, nic. Bałem się, że mogłoby coś być nie tak.
     - Chodź ze mną.- odwrócił się i ruszył. Chwilę stałem zdezorientowany i nie wiedziałem co robić. Westchnąłem i odłożyłem wszystko na ławkę i pobiegłem za mężczyzną, który mimo swojego wieku (a wyglądał na jakieś 60) chodził bardzo szybko. Kiedy się z nim zrównałem, usłyszałem, że pogwizduje wesoło. Kierował się w stronę jakiegoś stogu siana. Zatrzymał się przed nim, podniósł i przerzucił przez ramię. Ruszył dalej, nadal gwiżdżąc, a ja szedłem krok w krok za nim. Nagle się zatrzymał i obrócił się, spoglądając na mnie.
     - Na co czekasz chłopie? Taki dobrze zbudowany, silny mężczyzna i siana nie weźmie?!- zawołał radośnie i ruszył dalej. Jęknąłem ociężale. Zdjąłem marynarkę i zaplotłem ją wokół bioder i ostrożnie zrobiłem to, o co prosił mnie mężczyzna.
    Szliśmy dobrą godzinę, przedzierając się przez ogromne pole. Były tu wydeptane ścieżki, jednak nie chciałem po nich chodzić, bo niedawno padało, a ja miałem nowe buty. W dodatku siano na moim ramieniu było straszliwie ciężkie, a ten zgred nie miał ze sobą nawet butelki wody. Wkurwiał mnie niemiłosiernie, swoim pogwizdywaniem, aż miałem ochotę to rzucić i wrócić na budowę. Jednak nie miałem zielonego pojęcia gdzie jestem, komórka straciła zasięg, a on pewnie by mi nie pomógł. Jak tylko skręciliśmy między jakimiś roślinkami (bodajże była to kukurydza) to myślałem, że zacznę skakać z radości. Zobaczyłem mały domek... stajnię, oborę, szopę i inne drewniane budynki dla zwierząt. Wzdrygnąłem się, gdy poczułem zapach charakterystyczny dla wsi. Starszy pan (którego od jakiś 15 minut zacząłem nazywać w myślach Zgredem) rzucił stóg gdzieś obok domu i ruszył do drzwi. Zrobiłem to samo i podbiegłem w jego stronę.
     - Powinienem mieć jakieś ubrania Harry'ego, jeśli chcesz się przebrać...- spojrzał się na mnie.- A chyba chcesz.
    Spuściłem wzrok. No cóż, nie wyglądałem jak światowej sławy biznesmen. Byłem spocony, trochę brudny i cały w słomie. Pokiwałem głową, choć w podświadomości ciągle zastanowiłem się, skąd on ma ubrania Hazzy.
     - Ma pan tu zasięg?- zapytałem odbierając od niego jakieś spodenki i białą bokserkę.
     - Mhm, powinien być.- uśmiechnął się i zaprowadził mnie do łazienki.
~*~
    Oddychałem powoli, skupiając cały wzrok na mężczyźnie przede mną. Podał mi grzane piwo, choć wcale nie miałem na nie ochoty, wolałbym zwykłą wodę, jednak nie chciałem go denerwować i jedyne na czym mi zależało, to żeby dowiedzieć się co z Harrym.
      - Jak się czuje?
      - Bardzo dobrze! W przyszłym tygodniu jego zdjęcia będą na każdym wielkim bilbordzie w Wielkiej Brytanii i USA.- uśmiechnął się ciepło i upił łyk ze swojego kufla.- To ulubiony napój Harolda, jak do mnie przyjeżdża.- zacmokał i spojrzał się na mnie.- Ale nie o tym chciałem rozmawiać. Chcę ci coś po prostu wytłumaczyć, coś czego możesz się domyślać, więc uważnie mnie słuchaj chłopcze i potem będziesz mógł zadawać pytania. Rozumiesz?- pokiwałem głową i zacisnąłem dłonie na kolanach.
     - Harry w wieku 18 lat przyjechał tutaj, ponieważ jak ci pewnie wspominał, chciał się uwolnić od chłopaka, którego kochał...
     - I tym chłopakiem byłem ja.- przerwałem mu. Zmarszczył brwi, przytaknął i kontynuował:
     - Jak tylko cię poznał, został zauroczony i polubił robienie zdjęć właśnie tobie. Od małego to było jego pasją, jednak, gdy spotkał pewnego chłopaka o karmelowych włosach i niebieskich oczach, to jakby odnalazł swoją muzę. Jego słowa, nie moje. Jednak na początku była to tylko miłość platoniczna, zwykłe zauroczenie, coś w tym stylu. Więc, gdy tylko stał się pełnoletni chciał wyjechać, jak to ujął, chciał znaleźć siebie... no może to jeden z powodów, dlaczego przyjechał akurat tutaj. Zamieszkał u mnie i pomagał mi w zamian za nocleg i pożywienie, traktowałem go jak własnego wnuka, w sumie od mojej kochanej wnusi jest starszy tylko dwa lata, ale teraz to nie ważne. Po jakimś czasie wyprowadził się do miasta, ale nadal przyjeżdżał tu codziennie chociaż na chwilę, żeby coś pomóc lub po prostu posiedzieć. Rok temu, też mniej więcej w wakacje zaczęło się robić o tobie coraz głośniej, a że mieszkałeś w tym samym mieście co on, to Harry równie szybko się dowiedział.
    Pamiętałem dokładnie ten czas, moja siedziba się rozrastała, w ciągu krótkiego czasu zostałem jednym z najbogatszych mężczyzn poniżej 25 roku życia, moje nazwisko było wypowiadane na całym świecie. Od 2013 do chwili obecnej moja firma wybudowała budynki znane ze swojej jakości i szybkości, zainwestowałem w parę wielkich inwestycji dotyczących lotnictwa, a także gospodarki. Miałem nadzieję, że w ciągu najbliższych lat jeszcze bardziej się rozwinie. W między czasie pootwierałem parę innych zakładów, takich jak "Styles photography" czy różnego rodzaje spa i sklepy.
     - Bardzo to przeżywał, bał się, że cię spotka, że go rozpoznasz, że jego uczucia wrócą. Powtarzałem mu, że to niemożliwe, no bo kurczę! Tam mieszka prawie 20 milionów ludzi, więc to mało prawdopodobne, żeby cię spotkał. Nakłoniłem go, żeby zajął się konkursem, bo wcześniej niestety nie dostał się. Nawet rzucił studia, żeby zająć się fotografią. Jednak w między czasie, dokładnie w jego 20 urodziny przez przypadek cię spotkał. Nie wychodził później z pokoju przez jakiś tydzień i tylko płakał. Nie mógł uwierzyć w to, że tak się zmieniłeś, że jesteś taki oschły i to we mnie poruszyło chęć delikatnej zemsty. Wiem, że nie powinienem się wtrącać, ale uznałem, że Hazz może wykorzystać cię do swojej wystawy. Na początku miał być to tylko wzór osoby, która na przestrzeni lat się zmieniła, jednak jak zacząłeś dzwonić do mnie i próbować mnie nakłonić do sprzedaży pola na budowę osiedla to poprosiłem Harry'ego o pomoc. Chciał cię rozkochać w sobie i nakłonić do zmiany decyzji, a także pomocy w wystawie. Zmienił pracę, a dokładniej przeniósł się do innej piekarni, bo tak jak wcześniej zauważył, twoja gosposia, czy inni pracownicy właśnie tam kupowali pieczywo. Czekał, aż wreszcie ty pojawisz się w progach tej skromnej piekarni. Dobrze mu wychodziło udawanie niewinnego i uroczego chłopaka, gdy tak na prawdę, śmiał się z twojej naiwności i krytykował twoje zachowanie. Wszystko szło dobrze, a nawet lepiej. Harry trochę źle się czuł z tym, że wykorzystuje twoje pieniądze, ale uznał, że masz ich za dużo i nie potrzebujesz ich, aż tyle. Jednak w między czasie się zakochał w tobie. Nie wiedział, czy może ci zaufać, pokazać samego siebie i żałował, że tak wobec ciebie wcześniej postępował. I cóż, potem po prostu się rozstaliście... może nie tak po prostu, bo do tej pory przeżywacie, ale nie umiecie się po prostu dogadać. Uznałem, że powinieneś znać prawdę.
    Moje serce pękło na tysiące części. Harry nie zakochał się we mnie. On chciał wykorzystać mnie do zdobycia nagrody. Chciał, żebym nie kupił tej ziemi. Chciał... nic nie chciał tak na prawdę. Nie chciał mnie. Chciał moich pieniędzy. Wykorzystał mnie, bardziej niż ja jego.
    Łzy zaczęły spływać po moich policzkach i nie wiedziałem, co mam ze sobą robić. Trzęsłem się bardziej niż kiedykolwiek w życiu. Nie mogłem się opanować i tylko szlochałem głośno w poduszkę, która leżała na łóżku. Starszy mężczyzna nic nie powiedział, tylko czekał, aż moja reakcja minie. A ja nie mogłem już nic zrobić. Czułem jego zapach, czułem jego głos, czułem jego delikatny oddech na mojej szyi, jego miękkie usta na moich i jego loczki na mojej skórze. Czułem silne ramiona, ciepłe dłonie i czułem miłość, której nigdy nie było. A może i była, ale była nieprawdziwa.
     - Masz chłopcze jakieś pytania?- po jakimś czasie usłyszałem delikatny głos tego rolnika. Podniosłem głowę i spojrzałem mu prosto w oczy.
     - Czy Teddy to córka Harry'ego?
***
notka od autorki: cóż, żeby wyrobić się do sylwestra będę do Wigilii dodawała codziennie rozdziały, a wy możecie je nadrobić przez święta, czy coś. Jutro powinien być 27, w poniedziałek 28, we wtorek 29, a 30 dopiero w niedzielę, więc będziecie mieli troszkę czasu :) Rozdziały może nie będą jakieś mega długie, czy coś, ale będą emocjonalne. Ah i miało być tak, że wszystko będzie w 26 rozdziale, ale podzieliłam go na 2 części(rozdziały) i Teddy i Rose poznacie dopiero w następnym ^^. Więc, jakbym później zapomniała, czy coś WESOŁYCH ŚWIĄT! <przezorny zawsze ubezpieczony hehehe> i pamiętajcie o #RulesMemories, bo to dla mnie ważne!
Wasza Lucy xx

wtorek, 16 grudnia 2014

Rozdział 25

Zdjęcia są podlinkowane! Zaznaczyłam je gwiazdką i są one tylko do pomocy, żeby mniej więcej skojarzyć jak o wygląda, bo Harry oczywiście obił o wiele lepsze zdjęcia :P a czerwona czcionka, żeby wam się wrzuciło w oczy XD

~Louis' POV~


    Wiązałem krawat po raz setny i myślałem, że chyba coś potłukę, jeśli znowu zrobię to źle. Niestety, nie wyszło mi. Jęknąłem głośno i rzuciłem materiał na podłogę. Oparłem się o szafkę za mną i złapałem się za skronie.
    Zacząłem liczyć do 10, żeby się uspokoić Dzięki Bogu, do pomocy przyszła mama, która pogładziła mnie po włosach i stanęła przede mną z delikatnym uśmiechem na twarzy.
     - Mamoooo...- jęknąłem. Kobieta schyliła się, podnosząc krawat z ziemi i stanęła naprzeciwko mnie. Zaczęła przekładać palce wraz z materiałem i po chwili wyglądałam idealnie.- Dlatego noszę muszki, albo nic.- skróciłem i wyszedłem z pokoju, kierując się na dół. Chłopaki grali w fifę i wykłócali się o joysticki. Podszedłem do niech od tyłu i zmierzwiłem włosy. Dan i Jerry pisnęli oburzeni, bo jak zawsze musieli mieć ułożone idealnie włosy (jak ja), a Max tylko zachichotał, bo jego fryzura była definicją abstrakcji.
     - Dobrze się baw.- prychnął młodszy z bliźniaków i wrócił do gry.
     - Jak będzie coś dobrego to zwiń do kieszeni.- zawołał za mną starszy, a ja pokręciłem głową i założyłem marynarkę. Kierunek - Central Park.
~*~
    Zająłem miejsce gdzieś w tylnym rzędzie, przede mną rozpościerała się wielka scena, na której była mównica, ekran do prezentacji i miejsce na ogólny wizerunek projektu. Harry dużo mi o tym mówił, miały wystąpić dwie najlepsze osoby. Byłem na prawdę dumny z niego, że dostał się, aż tak wysoko. Nagrodą były pieniądze oraz kontrakt z magazynem "People", co było wielkim wyróżnieniem dla tak młodego fotografa, opowiadał też, że będzie tutaj dużo menadżerów sławnych osób i liczyłem na to, że ktoś się nim zainteresuje, bo był na prawdę świetny w tym co robił. Mimo młodego wieku, na pewno jest lepszy niż większość osób w jego zawodzie w całym NYC. Poprawiłem się na krześle i obejrzałem po rzędach rozstawionych w parku, większość była z nich zajęta i obok mnie pozostało jedno wolne miejsce, a przede mną dwa. Błagam, żeby nikt śmierdzący nie usiadł tak blisko...
    Nie rozumiałem sensu robienia wystawy na zewnątrz, bo to nie to samo, gdy w sali jest ciemno, światła są skierowane na tą jedną osobę, nie ma dzieci biegających w okolicy, a ni toi toi, tylko zwykłe, czyste łazienki. Westchnąłem i poczułem, że ktoś dotyka mojego ramienia. Odwróciłem się i spojrzałem na szczupłego, trochę wystraszonego mężczyznę mniej więcej w moim wieku. Oczy miał przekrwione, trząsł się i nie chciał zbyt na mnie patrzeć. Miał kruczoczarne włosy, oliwkową skórę, długie rzęsy i ciemne tęczówki. Spojrzałem na jego plakietkę i koszyk, który trzymał w ręce.
     - Więc... Zayn, prawda?- pokiwał głową niepewnie.- Co chcesz ode mnie?
     - Proszę... to folder dzisiejszej wystawy...- szepnął i wyciągnął broszurkę. Wziąłem ją od niego i uśmiechnąłem się delikatnie. Spuścił wzrok i ruszył dalej, nawet się nie obracając. Otworzyłem plan wystawy i zacząłem go oglądać. Pierwsze 2 strony to przykłady zdjęć obu fotografów oraz ich tematy. Jednym z nich był Harry, drugim jakiś Niall Horan z "Cuda i cudeńka w naszym życiu", a prezentowała go fotografia małej, słodkiej dziewczynki. Może temat sam w sobie był ciekawy, ale to zależy jak go zaprezentuje. Mowa Harry'ego... była niesamowita, z tego co pamiętam, gdy mi ją opowiadał. Przeglądałem folder dalej. Najpierw miał mówić rywal Loczka, później krótka przerwa, Harry ze swoim tematem, a potem poczęstunek na pobliskiej sali dla zaproszonych gości. No cóż, może przynajmniej tam coś zjem. Nagle na krzesło obok mnie ktoś usiadł. Kobieta w pięknej fioletowej sukni do kolan, czarnych szpilkach i długich paznokciach w tym samym kolorze. Usta miała umalowane czerwoną szminką, ściśnięte w wąską linie, a brązowe włosy z blond końcówkami opadały falami na jej ramiona.
    Vivienne.
~*~
   Rywal Hazzy był bardzo dobry, jego fotografie były urocze, ale i poruszające. Mówił o wspaniałości tego świata, o naszych bliskich, o osobach, na których nam zależy, bo są one cudem w naszym życiu. Kilka kobiet zaczęło płakać i gdy skończył, wstały i biły brawo tak długi i tak głośno, aż spiker nie ogłosił przerwy. Teraz wszyscy już siedzieli z powrotem na swoich miejscach i czekaliśmy, aż chłopak stanie przy mównicy. Zaczął wspinać się po schodkach z kieliszkiem szampana w ręce i wielkim uśmiechem na twarzy. Ochrona wprowadziła jego projekt, który stanął w rogu sceny. Obejrzał się po wszystkich i upił łyk ze swojego kieliszka. Cmoknął głośno w mikrofon i widownia się roześmiała.
     - Czasami słowo kocham nie jest równoznaczne ze słowem na zawsze.- wyraz jego twarzy zrobił się poważny, a uśmiechy z twarzy pozostałych osób zniknęły, a zamiast nich pojawiły się zaciekawione i rozczarowane spojrzenia.- Czasami ludzie, których znamy nie są tymi, za których ich mieliśmy. Tajemnica Nowego York'u. Niby takie skomplikowane, a jednak takie proste. Tajemnicę skrywa każdy z nas i przez to dzieję się to co się dzieje. Udajemy osoby, którymi nie jesteśmy, robimy coś, czego nie chcemy, boimy się stracić akceptację... autorytetu... może popularności?- uniósł brwi do góry. Ludzie zaczęli oglądać się po sobie, a moje serce ścisnął żal, gdy na ekranie pojawiła się pierwsza fotografia*. Przedstawiała ona tłum ludzi przedstawiony z lotu ptaka. Na środku siedziała kobieta, która mimo iż była z innymi to była samotna- Życie zaskakuje nas w najmniej oczekiwanych momentach, wtedy, gdy tracimy wszystkie przeszkody i po prostu ufamy. Jednak, potem okazuje się, że jesteśmy po prostu krzywdzeni. Dlatego wszystko chowamy w sobie i stajemy się zamkniętą skrzynią, kufrem, do którego nikt nie ma dostępu. Może wam to sprostuję, pokazując na konkretnym przykładzie. Jako obiekt mojego przekazu, wybrałem sobie Louisa Williama Tomlinsona.- Na ekranie pojawiło się moje zdjęcie*, a ja ze zdumienia otworzyłem szerzej usta. Vivienne prychnęła i założyła nogę na nogę. To było tak dawno... skąd on jeszcze miał takie zdjęcia? Czerwona koszulka, jasne spodnie i te okulary... wyglądałem w nich ohydnie, dlatego cieszę się, że teraz mam soczewki.- Milioner, jak i nie miliarder, znany na całym świecie, cholernie przystojny, możliwe, że obecny na sali.- Teraz ukazało się nowsze zdjęcie*, dokładnie z sesji do tego wywiadu.- Wybaczcie, że pierwsze zdjęcia nie są zbyt profesjonalne, miałem 16 lat i nie sądziłem, że stanę tu gdzie obecnie jestem. To wszystko właśnie dzięki Louisowi. Jego Zdrowie!- Harry uniósł kieliszek do góry i większość osób zrobiła to samo. Moje policzki pokrył rumieniec, gdy Viv uniosła swojego szampana z cichym "Za zdrowie idiotów" - Wracając do naszej prezentacji. Louis, pozwolę się do niego zwracać po imieniu, ponieważ już dawno przeszliśmy na "ty", już od szkoły średniej się... no cóż wyróżniał.- Hazz spojrzał się z uśmiechem na kolejną fotografię*, musiał zrobić ją krótko przed tym jak wyjechałem, bo przestałem ubierać się jak dziecko, tylko jak ktoś poważny, czyli w koszule i zwykłe jeans'y, a nie jakieś kolorowe rurki.- Tylko na przestrzeni lat, to troszkę uległo zmianie. Wcześniej, delikatny, skromny, zawsze uśmiechnięty, przynajmniej starał się uśmiechać.- kolejne zdjęcie*, zakryłem twarz w dłoniach. Nie obyło się bez pasków i wyszczerzu na mojej twarzy- Miał swojego przyjaciela, wyróżniał się swoim strojem i gdyby nie obelgi ze strony kolegów, pewnie byłby też popularny.- zdjęcie* z Liamem, kiedy miał jeszcze bardziej kręcone włosy niż Harry i zanim mnie namówił do noszenia koszul w kratę.- Teraz natomiast jest chłodnym, surowym i wymagającym pracodawcą.- fotografia*, gdzie nie zwracałem uwagi na Harry'ego, zanim rozwaliłem aparat. Włosy wzniesione do góry, tak jak i wzrok.- Jednak w ciągu ostatniego miesiąca zbliżyłem się do niego, można powiedzieć, że zostaliśmy bliskimi przyjaciółmi. Każdego dnia poznawałem jego osobowość.- o nie... tylko nie to zdjęcie*. Spłonąłem jeszcze większym rumieńcem, gdy na ekranie pojawiła się fotografia jak Harry całuje mnie w policzek.- Tą czarująca stronę... romantyczną... nawet tą załamaną, czy pocieszającą... delikatną... zawziętą... ostrą... smutną, szczęśliwą, ale przede wszystkim prawdziwą. Powiedzmy szczerze, kto poznał go BLIŻEJ?- zaakcentował ostatnie słowo i spojrzał się po tłumie ludzi. Niektórzy niepewnie podnieśli ręce, a wśród pozostałych przebiegły szepty. Obejrzałem się po wzniesionych dłoniach... 27 osób. Z samej tej sali. O kurwa.- Tak sądziłem. Pewnie każdy został tak samo potraktowany, nie zagłębiajmy się w szczegóły, bo nie o to tutaj chodzi. Zobaczmy, każdy po krótki spotkaniu z nim pomyślał o nim tak samo - "skurwiel", bądź inne synonimy tego słowa. Jednak, czy ktoś pomyślał, co może być pod tą maską? Co może być powodem jego zachowania? Jaką tajemnicę może skrywać? To samo dzieje się z każdym z nas. Problemy, przeżycia, ból, to wszystko powoduje, że chcemy udawać inne osoby. Niewzruszone, z zewnątrz twarde jak skała, w środku kruche jak porcelana. Zamykamy się na innych, zatrzaskujemy drzwi przed ludźmi i myślimy, że udając, że problemu nie ma, to on rozwiążę się sam. Przykro mi stwierdzić, że tak nie jest. Utrzymujemy, że nasze kłopoty są najważniejsze, że my mamy najgorzej. Zwróćmy uwagę, że jest to trochę samolubne, aczkolwiek dla nas lepsze... teoretycznie. Może właśnie otwierając się na niektóre osoby, bo nie mówię, że każdemu mamy ufać, możemy właśnie pomóc drugiej osobie i sobie samemu. Na przykład odnajdując swoją miłość.- Harry przerwał na chwilę i uparcie próbował wychwycić jedną osobę. Gdy w końcu nasze spojrzenia się skrzyżowały odetchnął ciężko- Może warto komuś oddać klucz do naszego serca? Do naszych sekretów? Naszego życia? Może ta osoba będzie jak lekarstwo na cierpienie, jak narkotyk na szczęście, jak spełnienie wszystkich marzeń? Może. Jedyny sposób, żeby się tego dowiedzieć to spróbować. Złamać swoje własne zasady, zaufać, pomóc.- jego głos się załamywał i nie mogłem odwrócić spojrzenia od tych zielonych oczu, które z każdą sekundą hipnotyzowały mnie swoim blaskiem.- Przestać interesować się tylko ludziom we własnej klasie, randze społecznej, ale uśmiechnąć się i do tych najbiedniejszych. Każdy z nas zaczął inaczej, ale każdy skończy tak samo. Jak to powiedział Jan Paweł II: Nie żyje się, nie umiera się, nie kocha się - na próbę.- zakończył szeptem i zbiegł ze sceny bez żadnego ukłonu. Na ekranie nadal przewijały się zdjęcia, na szczęście już nie moje. Ludzie wiwatowali, bili brawa, niektórzy nawet gwizdali. Ludzie stojący najbliżej mnie rzucali ukradkiem spojrzenia, pełne obrzydzenia i zniesmaczenia. Westchnąłem, bo teraz oprócz łez ściekających po moich policzkach, nie liczyło się nic.
    Po kilku minutach na scenę weszli obaj mężczyźni. Blondyn w białej koszuli, siwych jeansach i szerokim uśmiechem na twarzy z uśmiechem, którym zaraziłby nawet ponurego kosiarza oraz cudownym, irlandzkim akcentem. Drugi był Harry, w czarnych spodniach, rozpiętej koszuli w takim samym kolorze, która ukazywała jego dwa tatuaże w postaci jaskółek i delikatnym spojrzeniem, ukazującym jego łagodną naturę.
    Mężczyzna z białą kopertą uśmiechał się delikatnie raz do fotografów, raz do publiczności i powoli otwierał papier, żeby dodać dramatyzmu tej scenie. Przewróciłem oczami, to było wiadome, że Harry wygra, bo powiedział coś, na co wszyscy czekali. zdradził tajemnice kogoś sławnego, odkrył przed nimi jego tożsamość. Szkoda, że tym kimś byłem ja. Czułem się jak małe dziecko, które kłamie do mamy, a ona go na tym przyłapuje, albo nagi, z którego zdarli wszystkie ubrania. Zdradził coś, czego nie chciałem, żeby inni we mnie widzieli. Widzieli moją słabą stronę.
    Mężczyzna ogłosił wygraną Loczka, Vivienne i dwie osoby siedzące przede mną, aż wstali, żeby chłopak mógł widzieć to, że są z niego dumni. Hazz przytulił swojego (obecnie już byłego) rywala. Był to dość długi uścisk, po którym brunet wskazał palcem w moją stronę. Oboje się odwrócili, brunet z delikatnym uśmiechem, a blondyn ze zdziwieniem. Spojrzał się na Hazzę i coś mu szepnął na ucho. Harry posmutniał, ale chwile później znów się wyszczerzył, bo ten cały Niall wybuchł śmiechem.
    Moje serce było w kawałeczkach. Gdy obserwowałem miłość mojego życia, jak jest szczęśliwy u boku kogoś innego. Nie zasługuję na kogoś takiego jak on. Przynajmniej teraz będzie szczęśliwy. Znalazł kogoś, kto jest dla niego odpowiedni.
    A ja jak zwykle zostanę sam.
    Podniosłem się z krzesła, w oczach miałem łzy, bo nie chciałem dopuścić do siebie wiadomości, że to nie ja jestem powodem jego szczęścia.

~Harry's POV~

    Po ogłoszeniu wyników przytuliłem Nialla, bo byłem z niego dumny tak samo jak on ze mnie. Może nie przyjaźniliśmy się nigdy, ale ostatnio dużo rzeczy nas zbliżyło, zwłaszcza, gdy obaj trafiliśmy na tą wystawę. Był wspaniałym chłopakiem, uroczym, zabawnym i bardzo optymistycznym.
     - Jeśli się odwrócisz i spojrzysz na przed ostatni rząd to zauważysz śliczną szatynkę, która przez całą wystawę nie mogła oderwać od ciebie wzroku.- wskazałem palcem na miejsce, gdzie siedziała- Siedzi dokładnie przed  Louisem Tomlinsonem, ma na imię Rosmery i chyba wpadłeś jej w oko.- odwróciliśmy się w stronę publiczności. Uśmiechnąłem się w stronę Rose, a ona delikatnie mi pomachała z uśmiechem na twarzy. Niall ściągnął brwi i spojrzał się na mnie.
     - Coś ty stary, nie w moim typowe.- powiedział, a mój uśmiech przygasł. Ugh... to było dziwne, tylko się zbłaźniłem... a może jednak nie, bo blondyn wybuchnął śmiechem i położył dłoń na moim ramieniu.- Żartuje, jest śliczna, a ty idź odbierz nagrodę.- powiedział i puścił mi oczko.
~*~
    Bankiet był wyśmienity, każdy gratulował mi szczerej i odważnej przemowy. Inni uważali, że nie mogą się doczekać, kiedy pojawią się moje pierwsze zdjęcia w "People", a parę osób zasugerowało, że wynajmie mnie teraz na swoje wesele. Rose była bardzo dumna, ale musiała szybko wracać do Teddy, bo ta już tęskniła za nią. Wszystko to przyjmowałem z uśmiechem na twarzy, chociaż w sercu czułem wyrzuty sumienia, że zraniłem Louisa. On to wszystko słyszał, może teraz zrozumie niektóre sprawy, ale nadal - zachowałem się wobec niego nie fair.
     - Panie Styles, gratuluję wystawy!- powiedział mężczyzna w czarnych okularach, którego włosy były przyprószone siwizną.- Nazywam się Michael Smith i prezentuję panią Cher Lloyd.
     - Czyli menadżer?- spytałem przyglądając się mężczyźnie z jednym złotym zębem.
     - Otóż to. Pani Cher byłaby zachwycona, gdyby poświęciłby pan trochę czasu, przyjechał do Wielkiej Brytanii i urządził małą sesję, hm?- zapytał, a ja zmarszczyłem brwi.- Oczywiście, wszelkie koszty pokryjemy.- odpowiedział. Westchnąłem i uśmiechnąłem się delikatnie. Cóż, może trochę czasu w rodzinnym kraju trochę pomoże.
     - Z przyjemnością.
***
notka od autorki: nie zabijcie mnie za brak rozdziału, dobrze? po prastu tyle działo się w moim życiu, że jestem do tyłu o 3 rozdziały, ale do końca tygodnia pojawi się 26 i 27, chociaż niczego nie obiecuję! Macie tutaj taką rozpiskę (mniej więcej):
26 i 27 - do 21 powinny być
28 - 20/21, zależy kiedy dodam wcześniejsze
29- 23
30- 28
epilog- Sylwester
Ogarniacie że tylko 5 rozdziałów i koniec? ._. nie wierzę, 2 tygodnie.... 
Rozdział dedykuje każdemu, który to przeczyta xxx Dziękuję, że ze mną jesteście, bez was nie byłoby tego bloga :) 
Wasza Lucy xx

czwartek, 4 grudnia 2014

Rozdział 24

Dałabym tu SOML, ale nie wiem czy pasuje ^^ początek jest wesoły!

Louis POV

      - LOUIS!- usłyszałem wrzask za sobą. Uśmiechnąłem się szeroko i podniosłem z krzesełka. Odwróciłem się i zobaczyłem bliźniaków, biegnących w moją stronę. Przeskoczyłem przez siedzenia i ruszyłem im na przeciw. Gdy byłem blisko nich, gwałtownie wyhamowali, zlustrowali mnie wzrokiem i podeszli z szeroko otwartymi ustami. Dan dotknął mojego czoła, a ja nie wiedziałem zbytnio o co im chodzi.
     - Nie ma gorączki?- szepnął przerażony Max.
     - Ja pierdole... co wam odbiło?- warknąłem i zarzuciłem im ręce na szyje.
     - Idiota.- mruknął Dan i wtulił się we mnie. Max zrobił tak samo. Nie mogłem uwierzyć w to, jak bardzo się za nimi stęskniłem.
     - Czemu się w to ubrałeś?- zapytali równo, co było dla nich typowe. W sumie dla naszej 4, bo często mieliśmy tak, że mówiliśmy coś w tym samym czasie, lub reagowaliśmy identycznie na daną sytuacje.
     - Co was to interesuje?- uciąłem, a po chwili usłyszałem krzyki Jerry'ego. Westchnąłem i uniosłem głowę znad burzy włosów bliźniaków. Chciałem iść, jednak chłopcy mnie nie puścili. Ruszyliśmy wtuleni w siebie, aż w końcu znaleźliśmy mamę i mojego najstarszego brata. Jerry kłócił się z moim pracownikiem, żeby zostawił jego bagaże, a George nie wiedział co robić, bo ja kazałem mu zabrać je do samochodu. Westchnąłem, po czy zagwizdałem głośno. Bliźniacy odsunęli się oburzeni, a mama, Jerry i ochroniarz odwrócili się w moją stronę. Kobieta pisnęła, a oczy jej się zaszkliły.
     - Lou...- Jerry podbiegł do mnie, ale wyhamował jak bliźniacy.- Nie jesteś chory? Myślałem, że w garniaku będziesz...
     - Jejku, syneczku!- mama nagle się na mnie rzuciła i zmiażdżyła w silnym uścisku. Przez chwilę zabrakło mi tchu, jednak kobieta wreszcie się odsunęła i położyła mi dłonie na ramionach. Zlustrowałem ją wzrokiem. Była ubrana w białą bluzkę, z koronkowym rękawem, czarne spodenki 3/4 oraz baleriny. Spojrzałem na chłopaków - każdy z nich bokserkę ze śmiesznym napisem i spodnie do kolan.- Syneczku... Przecież ty tak w liceum chodziłeś! Zawsze kupowałam ci czerwone, bordowe lub...
     - Mamo skończ.- jęknąłem, a moi bracia wybuchnęli śmiechem. Nie trwało to długo, bo oni znowu do mnie przylgnęli.- George, zabierz bagaże do limuzyny.- Poczułem, że Jerry bardziej się we mnie wtula zawstydzony. Zachichotałem i przytuliłem ich mocniej.
     - Jedziemy do mnie?
     - TAK!- powiedzieli równo.
~*~
     - ZAJMUJĘ GOŚCINNY NA GÓRZE!- Dan wybiegł jako pierwszy z windy. Rzucił swoją walizkę na korytarzu, a wbiegł po schodach ze swoją torbą podręczną.
     - NIE! TY SPAŁEŚ TAM OSTATNIM RAZEM! JA TAM ŚPIĘ!- pisnął Max i pobiegł za nim.
     - Chłopaki, ale już pozostałe sypialnie są gotowe do użytku. Nie śmierdzi w nich farbą, ani nic. Tylko znajdę wam pościel.- nie zdążyłem skończyć, a usłyszałem pisk Dana.
     - LOUIS! BIORĘ TĄ ZIELONĄ!- krzyknął młodszy z bliźniaków z góry. Max i Jerry spojrzeli po sobie, po czym obaj popędzili po schodach przekrzykując się, szturchając i popychając, żeby zająć jeden z pięciu pokoi gościnnych.
     - Dzieci.- powiedziałem równo z mamą. Oboje zaśmialiśmy się krótko i omijając walizki, ruszyliśmy do salonu. Mama usiadła na kanapie i obejrzała się po wnętrzu.
     - Trochę tu inaczej, niż gdy byliśmy tu ostatnio.- westchnęła.
     - No bo jest po remoncie.- usiadłem obok niej.
     - Więc... co masz w tym mieszkaniu?- zapytała niepewnie.
     - No... na dole jest kuchnia, jadalnia, której praktycznie nie używam, bo nie mam z kim tam jeść, łazienka, salon, to takie podstawowe. Mam też dużą spiżarkę, gdzie mam droższe alkohole, słodycze i różne domowe przetwory, które wysyłasz mi na święta. Kobieta zarumieniła się, a ja mówiłem dalej:
     - Mam też gabinet i pokój muzyczny, który rzadko odwiedzam, bo nie mam czasu, żeby grać na gitarze, czy śpiewać. No a na górze są sypialnie, dwie łazienki, garderoba i biblioteka.
     - Wow... duży ten dom. Pewnie tak smutno mieszkać tu samemu?
     - Trochę mi was brakuję...
     - Wiesz, że nie o tym mówiłam.
     - Ugh.- jęknąłem.- Czasami gosposia przychodzi...
     - Louis.- powiedziała rzeczowym tonem, tym samym, którego używała, by wydobyć z nas prawdę.
     - Nie mieszkam z Harrym. I my nie jesteśmy razem. Już. Jeśli kiedykolwiek byliśmy...
     - Skarbie, co się stało?- zapytała, ale usłyszeliśmy kroki z góry. Jęknąłem i zwróciłem się w stronę biegnącego brata.
     - Zobacz co mam!- pisnął Dan, wchodząc z moją gitarą. Położył ją na stole i wtulił się we mnie.- Zagrasz nam?
     - LOUIS!- usłyszałem kolejny krzyk, który tym razem należał do drugiego z bliźniąt. Wbiegł do salonu i usiadł mi na kolanach. Jęknąłem z bólu, a on zachichotał. I że niby oni mają po 17 lat?!- To ten twój chłopak?- wystawił ramkę ze zdjęciem moim i Hazzy. Zarumieniłem się, gdy bliźniacy zaczęli cmokać w powietrze i śmiać się ze mnie. Trochę dziwiłem się, że z takim entuzjazmem przyjęli to, że ich starszy brat ma chłopaka, zamiast się nim brzydzić. Miał. Ma. A może jednak nie ma? Nagle wbiegł Jerry, miał czerwone policzki, a w oczach tańczyły mu wesołe ogniki. To nie wróżyło nic dobrego.
     - Ty.- wskazał na mnie szczerząc się zadziornie.- Masz tego całą szafkę.- z jego dłoni rozwinęły się paczuszki prezerwatyw. Moje oczy rozszerzyły się na widok dwóch sznurków gumek (dodam, że każdy z nich miał po 10 kondomów), które trzymał Jerry. Chłopaki wybuchli śmiechem, a Max nawet spadł z moich kolan i turlał się po podłodze. Mama zakryła usta dłonią, a ja nie wiedziałem, czy ona się śmieje, czy jest zszokowana.
     - Louis... po co ci tego tyle?
     - Oh, mamo! Żebyś zobaczyła co on tam jeszcze ma!- Zerwałem się z miejsca i zakryłem mu usta dłonią, bo szykował się do wymieniania moich rzeczy, które znalazł. Bliźniacy rechotali z mojej reakcji i łapali się za brzuchy. Jerry próbował się wyrwać, więc polizał moją dłoń. Odskoczyłem jak oparzony i wytarłem rękę o spodnie. Założyłem ręce na biodra. Bliźniacy podnieśli się, Max stanął obok mnie, a Dan na przeciwko, u boku Jerry'ego. Wyszczerzyłem się i pokręciłem głową z politowaniem. To oznaczało wojnę na łaskotki. Spojrzałem na starszego z bliźniaków i rzuciliśmy się na pozostałych. Całe mieszkanie wypełniły nasze krzyki oraz śmiechy.
    Po 10 minutach leżeliśmy na podłodze, wtuleni w siebie i chichotaliśmy razem. Nigdy w życiu nie czułem się tak wspaniale... no może oprócz sytuacji, gdy byłem z Harrym. Jerry dźgał Maxa w żebra, żeby się przesunął, bo nie ma jak mnie objąć, ale chłopak nie miał zamiaru się ruszyć. Dan miał jednak spokój, bo położył się z drugiej strony i bawił się moją koszulką. Próbował doliczyć się wszystkich pasków, jednak, nigdy nie był dobry z matmy, więc szybko się zgubił i musiał zaczynać od nowa.
     - Gdzie mama?- zapytałem w końcu, unosząc głowę.
     - W kuchni!- krzyknęła i po chwili pojawiła się w drzwiach z tacką na której było 5 fioletowych kubków. Podnieśliśmy się w tym samym czasie i usiedliśmy na kanapie. Spojrzałem, na parujący napój, który przyniosła mama. Pochyliłem się, żeby powąchać zawartość, a chłopaki zrobili to samo.
     - Zrobiłaś milkę z expresu?- zapytałem, a mama pokiwała głową.- Może chcecie ciastek do tego?
     - TAK!- bliźniacy zerwali się i chcieli pędzić do kuchni, lecz pociągnąłem ich za ręce. Gestem dłoni wskazałem im, żeby szli za mną. Zaprowadziłem ich w stronę bocznego korytarza, który większość osób omijała, bo znajdował się obok kolekcji płyt, nie był może największy, ale prowadził do trzech wyjątkowych pomieszczeń. Zapaliłem światło i otworzyłem drzwi po lewej stronie. Pomieszczenie było bordowe, z białym sufitem. Na każdej ścianie znajdowały się brązowe półki z różnymi rzeczami.
     - Tylko coś stłuczecie, a was powieszę za uszy przez okno.- zagroziłem im. Weszliśmy do środka, a oni wydali zduszony okrzyk. Przyglądali się wszystkiemu z ciekawością, a ja przechadzałem się wzdłuż wąskiego, lecz długiego pomieszczenia.
     - Tu jest idealnie.- powiedzieli i zaczęli przeglądać moje kolekcje z najrozmaitszymi produktami spożywczymi. To był mój mały świat tego co lubię, muszę przyznać, że jestem niezłym łakomczuchem. Po prawej stronie miałem specjalną półkę na wina - białe, czerwone, różowe, szampany- oraz inne droższe alkohole. Na przeciw drzwi, była słynna kolekcja rzeczy, które dostałem od mamy, babci lub ciotek, bo "bardzo się o ciebie martwimy Louis, pewnie zapominasz o jedzeniu, tak bardzo pracujesz!". Różnego rodzaju konfitury, dżemy, kompoty, weki z owocami oraz powidła. Jednak uwagę chłopców przykuła ściana, gdzie znajdowały się słodycze. Każdy możliwy smak ciastek (głównie pierniczków), żelków, chipsów, cukierków, czekoladek, nawet były tu gumy owocowe, lizaki oraz bombonierki, na każda okazję. Było to najlepiej klimatyzowane pomieszczenie w mieszkaniu, więc nie zdziwiłem się, gdy bliźniacy trzęśli się z zimna.
     - Wiecie co, powoli mi się to kończy. Może pójdziecie z Jerrym do marketu i zrobicie wielkie zakupy, hmm?- spojrzałem na nich. Wyszczerzyli się i energicznie pokiwali głowami. Wróciliśmy do salonu, Jerry błagał mamę, żeby pozwoliła mu wypić swoją porcję milki, jednak ona była nieugięta. Czasami miałem wrażenie, że czas stanął w miejscu, tylko miasto się zmieniło, a braci są trochę wyżsi. Mimo to - nadal zachowywali się jak małe dzieci.
     - Jerry! Idziemy po słodycze!- pisnął Max, ruszył w moją stronę podskakując i stanął za mną wtulając się w moje plecy. Zmierzwiłem mu włosy i popatrzyłem na chłopaka w kruczoczarnych włosach. Wzruszył ramionami, a ja westchnąłem i poszedłem do kuchni. Bliźniacy szli krok w krok za mną. Otworzyłem jedną z szuflad i wyciągnąłem pliczek kart kredytowych. Zacząłem je przeglądać, żeby dać odpowiednią braciom.
     - Ta nie, bo z tej płace pracownikom... ta też nie, bo ta na materiały... ta jest na rzeczy w T.T.I.C... a ta na czarną godzinę... ugh, a ta na lokacie... ta też firmowa...- chłopcy mieli coraz szerzej otwarte usta, jednak ja nie zwróciłem na nich zbytniej uwagi.- O! Ta jest na jedzenie!- podałem im kartę z motywem cukierków. Za każdym razem,  gdy byłem w banku, wybierałam sobie kolorowe, wzorkowane karty lub z dowolnym motywem. Miałem ich tyle, że dzięki temu, łatwiej było mi je odróżnić.
     - Na jedzenie?- prychnął Dan.- Co masz może osobną na ubrania, na randki, samochody i prezenty?
     - Taaak.- mruknąłem niewzruszony. Wyciągnąłem czarno-białą kartę w kratę.- To na ciuchy.- wziąłem kolejną z zabytkowym samochodem.- Na benzynę, mechaników i nowe pojazdy, ewentualnie szoferów, ale ostatnio jeżdżę sam. No, a ta z winem jest na kolacje, randki i inne te sprawy. A z choinką na prezenty, które co rok wysyłam bliskim.- uśmiechnąłem się do nich. Byli w niezłym szoku przez pewien czas. Nie ruszali się, ani nawet nie zauważyli, gdy Jerry wszedł do środka.
     - Idziecie?- zapytał i pociągnął ich za sobą.- Ile możemy wydać?
     - Ile chcecie, tylko pamiętajcie, żeby kupić...
     - PIERNICZKI!- zawołali równo i weszli do windy. Pokręciłem głową i po cichu wróciłem do mamy. Trzymała złączone dłonie na kolanach i nerwowo bawiła się pierścionkami. Usiadłem obok niej, wtuliłem się w jej plecy i zacząłem płakać. Najpierw delikatnie, jednak powoli to przechodziło w szloch. Czułem się okropnie, miałem wyrzuty sumienia, wstydziłem się samego siebie, tego co zrobiłem tego jak zaniedbałem rodzinę. Z każdą łzą, mój smutek wychodził na światło dziennie, jakby cały ciężar opadał z serca.
    Opowiedziałem jej całą historię, co chwila wybuchając płaczem i kontynuowałem dopiero, gdy mama zdołała mnie uspokoić. Powiedziałem jej o tym, co robiłem z kobietami, co było dla niej nie lada wyzwaniem, bo spięła się na myśl, że jej kochany synek, tak poniżał kobiety (i mężczyzn). Powiedziałem jej, o tym jak spotkałem Harry'ego, jak spędziłem z nim cudowne chwile, jak mocno go pokochałem, tylko bałem się go skrzywdzić, moim charakterem. Że oboje za bardzo się w sobie zatracimy i wtedy rozstanie będzie jeszcze gorsze, niż jest teraz. O tym co powiedział mi wczoraj, o tym, co zrobiłem Viv, a on to widział, o tym jak cierpiał. Przytulała mnie mocno i głaskała po plecach, starając się powstrzymać moje łzy. Jak skończyłem jej mówić o tym wszystkim, rozpłakałem się na dobre, a ona (sam nie wiem kiedy) wciągnęła mnie na kolana. Cóż, pewnie było jej trochę ciężko, bo nie ważę tyle, co kilkanaście lat temu. Jednak czułem się w jej ramionach bezpiecznie, bezbronny, jakby wszystko dookoła nie mogło mnie dosięgnąć.
~*~
    Louis przez kilka dni unikał swojej mamy. Nie chciał jej mówić o zniszczonych butach, ani o tym, że koledzy się nad nim znęcają, że go poniżają. Nienawidził ich z całego serca, ale jeszcze bardziej nienawidził okłamywać mamy, więc kiedyś musiał jej o tym powiedzieć.
    "Kiedyś" - mówił do siebie za każdym razem, gdy na stopy zakładał stare, zniszczone trampki,w których sznurówki już się rwały, a podeszwa powoli odpadała. Będzie musiał sobie kupić kolejne buty, tym razem, jakieś zwykłe, żeby nie smucić się, gdy znowu je zniszczą.
    Omijanie mamy wychodziło mu zręcznie, nikt z rodziny nie domyślał się, że to wszystko było ustawione. Rano wstawał przed nimi, robił każdemu śniadanie, zostawiał je na blacie w kuchni i wychodził szybko do szkoły. Zwykle siedział około 30 minut na korytarzu, a jedynymi osobami, które znajdowały się tam wraz z nim były woźne i chłopak z czapką na głowie, wpatrzony w wyświetlacz swojego telefonu (chodź parę razy miał ze sobą aparat i również wpatrywał się w jego ekran). Louis na przerwach siedział w łazience, bądź bibliotece, żeby nie spotkać ludzi, którzy sprawiają, że cierpi, a na lekcji siedział w pierwszej ławce, a najbliższa osoba, siedząca za nim, znajdowała się dopiero w czwartej. Udawało mu się wszystkich omijać przez jakiś tydzień, może nawet półtora, jednak jego mama była inteligentną i spostrzegawczą kobietą, więc szybko spostrzegła, że coś jest nie tak. Któregoś pięknego dnia (jakby jakikolwiek dzień dla Louisa był piękny) zszedł do kuchni z tym samym celem co zwykle, lecz tym razem czekała na niego mama z kubkiem kawy w ręce i spojrzeniem świdrującym wejście do pomieszczenia, w którym obecnie stał Louis. Niebieskooki chciał się wycofać, jednak mama przywołała go do siebie i kazała usiąść na krześle. Czekali. Długo, nawet bardzo. Siedzieli w ciszy, bo bliźniacy byli na wycieczce, a Jerry siedział w swoim pokoju.
    " Najwyżej nie pójdę do szkoły" - Louis powiedział do siebie w myślach i uśmiechnął się, bo cieszył się, że chociaż dzisiaj nie spotka tych ludzi. Jego mama czekała. Z jej spojrzenia można było odczytać, że jest zła, ale też zmartwiona. Bardzo martwiła się o swojego synka, nawet jeśli przypominał jej o mężczyźnie, którego kochała, a ten opuścił ja, gdy dowiedział się o ciąży. Później jednak znalazła sobie kogoś innego - czyli ojca Jerry'ego i bliźniaków, który pozwolił nazwać się ojcem Louisa i to po nim chłopak miał nazwisko. Jednak, bo trzeciej ciąży, uznał, że Jay jest za gruba i za stara dla niego, więc i ten ją opuścił, a Max i Dan chowali się bez taty. Czasem spotykał się z tą trójką chłopaków, bo Louisa przestał uznawać za swojego syna i nie chciał go widywać, wtedy Lou był strasznie smutny, ale to nie mogło być to!- pomyślała jego mama- przecież oni nie widzieli się ostatnio ze swoim ojcem...
    Po pewnym czasie i namowach mamy, Louis opowiedział jej wszystko. Siedział jej na kolanach i strasznie płakał w jej ramię, a połowy rzeczy, które wydobyły się z jego ust, nie zrozumiała, jednak była tutaj dla niego i słuchała co mówi jej syneczek. Nawet Jerry, gdy wychodził do szkoły, nie wszedł do kuchni, tylko ominął pomieszczenie i wyszedł na zewnątrz.
    - Shh... cichutko kochanie.- szeptała mu na ucho. Czuł się w jej ramionach bezpiecznie, nikt nie mógł mu zrobić krzywdy. Była dla niego jak rycerz, jak bohater. Cieszył się, że ją ma.
~*~
    - Może pójdź tam i go przeproś, hmm? Pogadaj z nim LouLou, bo nie warto tracić tak cudownego chłopaka, przez głupi błąd. Wydaję się być wspaniały, z tego co mi opowiadałeś. A najważniejsze jest to, że uszczęśliwia mojego synka. Na pewno ci wybaczy, jeśli tylko powiesz mu to, co na prawdę czujesz.- wtuliłem się w nią mocniej i otarłem łzy. Nagle usłyszałem kłótnie bliźniaków, co oznaczało, że wrócili ze swojej misji. Jęknąłem, podniosłem się, a mama zachichotała. Weszli do salonu z kilkunastoma reklamówkami jedzenia i ... pracownikami hotelu. Nigdy więcej nie dam im wolnej ręki!
     - Wzięliśmy szofera!- powiedział Dan i rzucił siatki przede mną.- A oni- wskazał na dwóch zagubionych mężczyzn, którzy zbytnio nie wiedzieli co z tym zrobić.- pomagają nam to wnieść.- drzwi od windy otworzyły się po raz drugi. Jerry i troje kolejnych, zupełni mi obcych facetów, weszli do środka. Mężczyźni zanieśli to do salonu, gdzie starszy z moich braci kazał im to postawić... no obok mnie.
     - Więęęęęęc...- przedłużyłem to słowo, żeby zwrócili na mnie uwagę.- Gdzie są pierniczki?- spytałem i rozejrzałem się stosach reklamówek.
     - W tej trzeciej po lewo... nie to lewo! Moje lewo idioto!- prychnąłem i zacząłem szukać ciastek, aż usłyszałem pisk mamy:
     - Louis! Oni na to wydali pewnie kilkaset dolarów, a ty po prosty pytasz "gdzie są pierniczki?"?!- przeraziła się. No tak, ona nie była przyzwyczajona do mojego wydawania pieniędzy.
     - Kochana mamusiu, powiem ci, że na tej karcie było grubo ponad 15 tysięcy. Może nawet więcej. Powiem ci również, że na kilku kartach liczba przekracza sześć zer.- uśmiechnąłem się do niej, a ona zakryła usta dłonią.
    Zdecydowanie za często ich szokuję.
~*~
    Jest już 2 w nocy, a ja nie mogę spać. Leżę na kanapie z lampką wina w ręce i pudełkiem ciastek na stoliku. W myślach jestem gdzieś z daleko stąd i nadal zastanawiam się, czy otworzyć prezent od Eda. Przynieśli mi go parę godzin temu, gdy próbowałem wyciągnąć bliźniaków z mojego gabinetu, ale dopiero dzwonek do drzwi ich uspokoił (wcześniej zagroziłem im, że wezwę policję). Poczekałem, aż wszyscy usną i odpakowałem go. Najpierw zobaczyłem liścik i od tamtej pory nie wiedziałem, czy chcę to oglądać dalej.
"Album ze szkoły, jak byliśmy na ostatnim roku. Otwórz na 1 klasie. Ed xx"
Niby z Ed'em chodziliśmy do różnych szkół, ba! nawet w różnych miast, bo się wyprowadził, ale utrzymywaliśmy ze sobą kontakt i często się spotykaliśmy. Nie wiem co to miało znaczyć, ale bałem się dalszej części tego, co tam jest. Jednak po dłuższych rozmyślaniach, rozerwałem papier i moim oczom ukazał się wcześniej wspomniany album. Pierwsze co zrobiłem to znalazłem siebie i uśmiechnąłem się delikatnie, na widok 18-letniego chłopaka z grzywką i tradycyjnie granatową bluzką w białe paski (wow, zaszalałem wtedy. Kolory w innej kolejności.) Potem przewinąłem na 1 klasę, ludzie urodzeni w roczniku 1994. Przeglądałem kartki i przelatywałem nazwiska, ale zatrzymałem się przy jednym z nich.
"Harry Styles, rok 2009/2010, klasa 1, kierunek fotografia"
    Zakląłem w myślach i nie mogłem przestać wpatrywać się w zdjęcie chłopaka z czapką na głowie. Tego samego, który codziennie siedział na korytarzu i oglądał prawdopodobnie zdjęcia. Wspomnienia przyszły do głowy jak burza, a serce zatrzymało się. To jest niemożliwe. Czy... czy tym chłopakiem, którego Harry pokochał jak miał 16 lat, byłem ja?
~*~
     - No, a teraz do szkoły!- Jay uśmiechnęła się, a Lou jęknął i podniósł się z jej kolan. Nie poszedł tylko na pierwszą lekcję - historię. Poszedł na korytarz i zaczął się ubierać. Nie spieszyło mu się jednak, miał nadzieję, że nie pójdzie też na hiszpański, więc jego ruchy były spowolnione o połowę i gdyby nie jego mamę, która na niego krzyknęła, pewnie wiązałby buta po raz czwarty. Zachichotał i wyszedł z domu, zabierając swoją torbę. Miał o dziwo dobry humor, cieszył się, że porozmawiał z mamą. Miał nadzieję, że nic nie zniszczy tego dnia, jednak się mylił. Gdy tylko otworzył drzwi szkoły, ktoś na niego wpadł, powodując, że Lou odrzucił głowę do tyłu. Złapał się za nos i syknął cicho.
     - Oops, niezdara ze mnie, nic ci nie jest?- zapytał jakiś chłopak. Lou pokiwał głową i wyprostował się, nadal trzymając swój nos.
     - Hej, uhm... chyba jest w porządku.- powiedział i otworzył oczy, lecz ledwo co, bo wszystko go bolało, a z nosa zaczęła lecieć krew. Jedyne co zauważył to zielone oczy chłopaka, który teraz pędził w stronę boiska z aparatem powieszonym na szyi. Lou uśmiechnął się, że nie pójdzie na kolejną lekcję i skierował swoje kroki w kierunku gabinetu pielęgniarki.
***
notka od autorki: Zwaliłam tej rozdział po całości. Za dużo dialogów, za mało opisów uczuć. Za krótki. Nudny. Okropny. Nienawidzę siebie za ten rozdział. Więc w ramach rekompensaty powiem wam pierwszą część niespodzianki:
Po zakończeniu Rules, będę pisała kolejne ff :) 
To było moje 1 ff, które wzięłam tak na poważnie, więc każde kolejne to nie będzie to samo, jednak nie wyobrażam sobie życia bez pisania i jak skończę rules, zabieram się za kolejne. Szczegółów na razie wam nie podam, bo będą kolejne cześci niespodzianki ^^
PAMIĘTAJCIE O #RULESMEMORIES!
Ahh no i epilog powinien pojawić się 31 grudnia :D
P.S.: podoba mi się jedynie to nawiązanie do "oops" i "hi" heheheh :D
Wasza Lucy xx

niedziela, 30 listopada 2014

Rozdział 23

little mix - good enough & these four walls 

~Harry's POV~

    Ból. Ból, którego nie da opisać się słowami, przytłaczający każdą komórkę mojego, samotnego, porzuconego ciała. Chłód. I tu nie chodzi tylko o temperaturę panującą na zewnątrz, a głównie o ton głosu z jakim się do mnie zwracał. Smutek. Cierpienie. Wszystko na raz. Zostałem obarczony, czymś czemu nie zdołam podołać. Jednak muszę sobie radzić.
    Chłodna woda spływała po moim ciele, spłukując zaschniętą krew. Nie zwracałem uwagi na pukanie do drzwi i krzyki Vivienne, która próbowała się dobić do mojego mieszkania. Jedyne na czym mogłem się skupić to Louis.
    W głowie ciągle miałem zdanie "Kocham cię, nawet nie wiesz jak mocno". Trząsłem się, sam nie wiem, czy z zimna, czy z bezsilności. Jedyną słuszną rzeczą, jaką powinienem teraz zrobić, będzie odizolowanie się od niego. Nic na to nie poradzę, że też nakłamałem. Że przyjechałem tu w innym celu. Że chciałem go wykorzystać...
    Otrząsnąłem się i przygryzłem wargę.
    No tak, miałem wykorzystać jego życie na potrzeby wystawy. Jednak, przez to co się stało, nie zrobiłem tego... ale teraz już mogę. Bez zbędnych wyrzutów sumienia. Zakręciłem wodę i owinąłem się ręcznikiem. Kroki skierowałem w stronę salonu, jednak uznałem, że chodzenie po tym szkle nie jest najlepszym pomysłem. Poszedłem do kuchni i wyciągnąłem kartkę z szuflady, znajdującej się nad zlewem.
        Czasami słowo kocham nie jest równoznaczne ze słowem na zawsze. Czasami ludzie, których znamy nie są tymi, za których ich mieliśmy...
~*~
    Serce waliło mi jak oszalałe. Spoglądałem na kopertę i bałem się ją otworzyć. Przyszły wyniki wstępnego etapu, gdzie wysyłałem już trochę szczegółów projektu, na podstawie których mieli wybrać osoby do wystawy. Dwie najlepsze prace miały być zaprezentowane przed publicznością. Cały się trząsłem i chciałem to już mieć za sobą. Szybko rozerwałem bok koperty i wyciągnąłem z niej list. Otworzyłem go i wypadły 4 zaproszenia, które mogłem wypisać. Nie musiałem już czytać wiadomości - dostałem się! Mogę zaprezentować "Tajemnicę Nowego Yorku"! Podniosłem z podłogi prostokątne zaproszenia. Usiadłem na krześle i zacząłem się zastanawiać dla kogo mogę to wypisać.
     Siostra, ani rodzice nie przyjadą tutaj, więc nawet nie ma na co liczyć, żeby tu przyjechali. Może Rose? Tak, zdecydowanie dla niej i dla jej dziadka. Dużo mi pomogli w tym projekcie.
     Vivienne.
     Ona tam musi być... no nawet jeśli pocałowała się z Louisem.
     Poczułem ukłucie w sercu, na wspomnienie tamtej sceny. No i wypadałoby zaprosić Louisa, w końcu to dzięki niemu... może bardziej przez niego to wszystko się stało. Gdyby nie on nie mógłbym w tym wziąć udziału. Nadal bolało mnie to, że mnie tak po prostu zostawił, pewnie nigdy go nie zapomnę oraz do końca życia pozostanie moją pierwszą miłością, nie ważne ile facetów spotkam na swojej drodze. Jednak już postanowiłem.
    Jeśli dzisiaj nie podejmie decyzji, to dam sobie z nim spokój.

~Louis' POV~

    Siedziałem przy biurku i wpatrywałem się w biały kubek z napisem "najlepszy prezes w mieście" stojący przede mną. Cały się trząsłem i nie mogłem wypić znajdującej się w kubku kawy, bo za każdym razem, gdy go podniosłem, zawartość wylewała się na biurko lub na moje spodnie. Nie mogłem się na niczym skupić, a nikt nie chciał już ze mną rozmawiać. Vivienne wchodziła parę razy do gabinetu i rzucała mi mordercze spojrzenie, za każdym razem, gdy podniosłem wzrok znad dokumentów. Nie miałem nawet siły jeść, więc jedynie butelka wody spokojnie spoczywała w szufladzie mojego biurka wraz z paroma ramkami ze zdjęciami, które Harry wysłał mi, zanim... no właśnie. Było mi niedobrze oraz słabo, kręciło mi się w głowie, a jedyne o czym myślałem to zieleń oczu Harry'ego. Rozejrzałem się po pomieszczeniu i uznałem, że Loczek miał rację - strasznie tu pusto. Podniosłem się i podszedłem do pustej ściany. Wystawiłem dłoń i położyłem ją na pustej ścianie. Pojedyncza łza spłynęła po moim policzku. Nagle usłyszałem krzyk Vivienne:
     - Harry! HARRY NIE!- krzyknęła. Podbiegłem do drzwi i przekręciłem szybko kluczyk, chwilę przed tym, zanim ktoś zaczął za nie szarpać.
     - Louis, do cholery jasnej, wiem że tam jesteś! Otwórz to! Natychmiast!- krzyknęła osoba o tak dobrze znanym mi głosie. Osunąłem się po ścianie i oparłem o drzwi. Przyciągnąłem kolana do siebie i położyłem na nich głowę, wsłuchując się w wołania chłopaka.
     - Harry, nie sądzę...
     - Viv, wynoś się stąd. Powinnaś już być po pracy.- powiedział oschle, aż się wzdrygnąłem. Po chwili usłyszałem stukot obcasów. Dziewczyna pewnie już wyszła. spojrzałem na zegarek, w sumie i ja powinienem już wracać. Chłopak jednak zrobił to samo co ja i też usiadł na podłodze. Siedzieliśmy tak w ciszy, nie miałem zamiaru się odzywać, tylko czekałem, aż on powie to z czym tu przyszedł.
     - Mam dla ciebie zaproszenie na wystawę.- wsunął karteczkę pod drzwiami. Spojrzałem na beżowy papier z wykaligrafowanym moim nazwiskiem, a pod spodem datę, miejsce oraz godzinę. 28 lipca, Central Park godzina 14:00. To już za 5 dni, chociaż jutro przyjeżdża mama z braćmi i pewnie się nie wybiorę.
      - Lou... ja już wszystko wiem. Vivienne mi powiedziała.- szepnął przyciskając się do drzwi. Serce mi zamarło.- I... jeśli nadal chcesz... jeśli na prawdę mnie kochasz... to możemy się spotykać... rozumiem jeśli nie chcesz nic poważnego, czy nie chcesz na razie się bardzo angażować... ja to zrozumiem... bo nie to twoja przeszłość, prawda, Lou?- mówił tak słodkim głosem, że miałem ochotę go przytulić i płakać cichutko w jego koszulkę, a on przytulałby mnie i szeptał słodkie słowa. Jednak nie mogłem... coś mnie blokowało... choć miałem okazję, to jednak nie potrafiłem otworzyć tych cholernych drzwi.
     - Um... rozumiem.- powiedział z bólem, jednak nadal nie wstał. Czułem, że zaraz wybuchnie płaczem.- Rozumiem.... jednak ty nie. Bo ja cię kocham. Szczerze i na prawdę. A ty nadal grasz w tą swoją grę.- moje ciało przeszły dreszcze, a łzy spływały po policzkach.
     - Niby za co możesz mnie kochać?- powiedziałem cicho, ale byłem pewny, że mnie słyszy. Uderzyłem głową o drzwi i Hazz zrobił to samo. Uśmiechnąłem się pod nosem na to zachowanie, jednak nie trwało to długo.
     - Nie ma powodów do miłości, LouLou.- wzdrygnąłem się. To było takie... urocze, że mnie tak nazwał.- Ale mam wiele rzeczy, które kocham w tobie.- chciałem się odezwać, ale zabrakło mi słów. Nie mogłem wydobyć z siebie żadnego dźwięku, więc tylko czekałem, aż będzie kontynuował.- Zaczynając od tego, że kocham twój głos, to jak się zmienia w zależności od tego co robisz i jak chcesz brzmieć. Zwłaszcza jak śpiewasz. Wtedy moje ciało przechodzą dreszcze i mógłbym cię słuchać i słuchać... a najsłodszą rzeczą na świecie było to jak fałszowałeś, to było takie słodkie... kocham też to, że jesteś zawsze taki porządny i ułożony, czasami może za bardzo, ale to na swój sposób wspaniałe, bo mnie takiego czegoś brakuje. Potrafisz zająć się tyloma sprawami na raz. Kocham to, że jesteś taki silny. Że dajesz sobie radę, wytrzymujesz to wszystko, tą gazetę, ten wywiad, te plotki, że jesteś taki odporny, chociaż i tobie czasem tego brakuje. Że jak się do mnie przytulasz, jesteś przy mnie to jesteś sobą, potrafisz płakać, potrafisz się załamać, potrafisz kochać. Jesteś wtedy czuły, romantyczny, pomocny. I tak słodko się śmiejesz... uwielbiam jak robią ci się zmarszczki wokół oczu.- zachichotał przez łzy.- Kocham w tobie to, że dla mnie złamałeś swoje zasady, co pewnie było nie lada wyczynem i możliwe, że miałeś później wyrzuty sumienia, ale jednak to robiłeś... Kocham w tobie po prostu wszystko.- zakończył, a ja wybuchnąłem niekontrolowanym szlochem. Nie mogłem się powstrzymać, a Hazz szeptał przez drzwi moje imię. Nie miałem odwagi go wpuścić, więc położyłem się po prostu na chłodnych kafelkach i płakałem. Nie wiem kiedy usnąłem, ale byłem pewny, że podjąłem już słuszną decyzję.
~*~
    Rano zadzwonił mój budzik oznajmujący, że zaraz muszę jechać na lotnisko odebrać mamę i chłopaków. Otworzyłem oczy i nadal byłem w moim gabinecie. Musiałem sobie przez chwilę przypomnieć wczorajszy wieczór, zanim połączyłem fakty i zrozumiałem co się stało. Powoli się podniosłem. Wszystko mnie bolało, od spania na podłodze, nie wykąpałem się wczoraj, a jedyne ubrania na zmianę jakie miałem to te przeklęte czerwone spodnie i koszulka w paski, które zostawiłem tutaj ostatnim razem, gdy Harry mnie o to prosił.
    Właśnie, Harry!
    Nie chciałem na razie otwierać drzwi i sprawdzać czy już poszedł, albo może Viv przyszła, więc uznałem, że przebranie się będzie bardzo dobrym pomysłem. Podszedłem do szafy i wyciągnąłem spodnie oraz koszulkę ze środka. Głośno westchnąłem i rozebrałem się jak najszybciej, mając nadzieję, że zdążę na czas, by ich odebrać.
    Gdy podszedłem do drzwi, zauważyłem zaproszenie, które dał mi wczoraj Harry. Włożyłem je do kieszeni i po chichu przekręciłem kluczyk. Ku mojemu zdziwieniu, Harry spał skulony i ściskał coś w dłoniach. Serce mi się złamało na ten widok, lecz nie mogłem zmienić mojego postanowienia. Wróciłem się po kartkę, napisałem na niej parę słów i położyłem obok jego głowy. Zrobiłem duży krok, żeby go ominąć, po czym zamknąłem drzwi. Ruszyłem w stronę windy pisząc sms'a do Vivienne, żeby zabrała Harry'ego stąd, a sam pojechałem po mamę i braci.

~Harry's POV~

    - Harry.- usłyszałem głos Louisa i zobaczyłem, że się do mnie zbliża. Był szeroko uśmiechnięty, na sobie miał garnitur, a w ręce dwie obrączki. Spojrzałem w dół, też byłem w garniturze, tylko że jasnym, w przeciwieństwie do mężczyzny, którego ubranie było ciemnogranatowe. Również się wyszczerzyłem i wystawiłem rękę w jego stronę.- Harry, obudź się.- powtórzył. Zmarszczyłem brwi i nie wiedziałem o co mu chodzi.- Harry, wstawaj!- krzyknął.
    Otworzyłem oczy i zobaczyłem przed sobą Vivienne. Jęknąłem głośno i ukryłem twarz w dłoniach. Przekręciłem się na bok, plecami do dziewczyny i westchnąłem. Wyciągnąłem dłoń do kartki, która leżała obok mnie i spojrzałem na nią.
           "Przepraszam. L. xx"
~*~
    Przechodziłem przez pola, żeby jak najszybciej dostać się do domku. Nie wytrzymałem już presji miasta i musiałem odreagować, ale spędzenie czasu na wsi z Rose i Teddy było najlepszą opcją. Dziewczyny pewnie się ucieszą, jak je odwiedzę. Po chwili znalazłem się już pod domkiem i zastukałem mocno w drewniane drzwi. Uwielbiałem tą okolicę. Wielkie pole, dużo zwierząt, wybieg dla koni, a od jakiegoś czasu widok na budynki, które firma Louisa zaczęła budować.
     - Dzień dobry.- uśmiechnąłem się, gdy pan Dowson otworzył drzwi. Natychmiastowo wszedłem do środka i rzuciłem plecak na podłogę.- Gdzie dziewczyny?
     - Rosmery zabrała Teddy na spacer, niedługo powinny być. Siadaj, chcesz się czegoś napić?- uśmiechnął się szeroko i ukazał ... no cóż, swój brak zębów. Pan Dowson miał około 60 lat i był dziadkiem Rose, a także moim przyjacielem.
     - Tego co zawsze.- powiedziałem i wszedłem do pokoju dziennego i czekałem na grzane piwo z miodem, które zawsze robił mężczyzna. Wrócił po jakiś 10 minutach z dwoma kuflami gorącego napoju i postawił je na drewnianym stole.
     - I jak z Louisem?- zapytał, a ja się skrzywiłem.
     - Muszę sobie dać spokój. Nic z tego nie wyjdzie.- odpowiedziałem krzywiąc się. Spojrzał na mnie posępnie.
     - Przepraszam Hazz... zniszczyłem ci ten plan...
     - To nie pańska wina...
     - Harry.- przerwał mi.- Mogłem cię nie namawiać do tego. Zrobiłbyś to po swojemu i nie cierpiałbyś tak jak teraz.
     - Ale za to Louis przestał pana męczyć z tą ziemią. To najważniejsze.- odpowiedziałem uśmiechając się i czując się jeszcze gorzej na wspomnienie tego małego podstępu.
***
notka od autorki: rozdział jeszcze gorszy niż inne. Ja pierdziu, nie umiem pisać ._. okyy. Ok, rozdział jest krótki, dziwny, nie wnosi nic dobrego, chociaż przez chwilę chciałam zmienić zakończenie XD ale się nie ugięłam! HA! Niespodzianka jest już przygotowana, czeka tylko na ujrzenie światła internetów ^^ Przypominam o #RulesMemories na tt c:
Zostało tylko 7 rozdziałów, ogarniacie :o 
Wasza Lucy xx

sobota, 22 listopada 2014

Rozdział 22

Polecam:
Skinny Love - Birdy ;)
Będzie smutniej :D

~Vievienne's POV~

    Trzymałam nerwowo telefon w dłoni, a serce waliło mi jak oszalałe. Harry od wczoraj dzwonił to do mnie, to do Lou i żadne z nas nie odbierało. Miałam wyrzuty sumienia, ale musiałam się przygotować do poważnej rozmowy z Kędziorkiem. Bałam się, że powiem coś nie tak, że mu zniszczę życie.
     - Viv, weź się w garść. To on go zniszczył!- powiedziałam do siebie i wybrałam numer Harry'ego.
     - H-halo?- zapytał zapłakanym głosem. Automatycznie serce mi się skurczyło i nie wiedziałam, co powiedzieć.- V-vivienne? T-to t-ty?- nawet przez telefon wiedziałam, że cały był roztrzęsiony. Westchnęłam.
     - Kędziorku, przyjadę zaraz, dobrze? Muszę coś ci wytłumaczyć.- powiedziałam podnosząc się z kanapy mojego salonu.
     - O Louisie?- zapytał i jeszcze bardziej zaniósł się płaczem. Nie mogłam więcej tego słuchać, więc się rozłączyłam i zaczęłam się szykować w tempie natychmiastowym.
~*~
    Z przyzwyczajenia otworzyłam drzwi moim kluczem zapasowym. Drzwi nie chciały ustąpić, jakby ktoś z drugiej strony je trzymał. Pchnęłam parę razy i usłyszałam ciche "au". Otworzyłam drzwi na oścież, a na podłodze siedział zapłakany Harry. Padłam na kolana i mocno go przytuliłam. Musiał wiedzieć, że ma we mnie wsparcie i będę obok niego mimo wszystko. Położył głowę na moim ramieniu i szlochał przez dobre 20 minut. Jedyne co zrozumiałam z jego bełkotu to "Louis" oraz "kocham go". Nie mogłam się opanować, aż w końcu i po moim policzku spłynęły łzy. Jak ja teraz mam mu powiedzieć o wszystkim? Podniosłam się powoli i podałam mu rękę, żeby również wstał. Złapał mocno moje palce i poszliśmy do salonu. Jęknęłam głośno i spojrzałam się na chłopaka. Nie dość, że miał opuchnięte oczy od płakania, czerwony nos, to teraz jeszcze policzki mu się zarumieniły.
     - Kiedy tu ostatni raz sprzątałeś?- zapytałam rozglądając się po wszechobecnym bałaganie.
     - Tydzień temu?- szepnął, a ja złapałam się za głowę.
     - No co tak stoisz! Idź po ścierki, odkurzacz, wszystko co masz i sprzątamy!- pisnęłam, a on pospiesznie wykonał moje polecenie. Może tak będzie łatwiej mi z nim rozmawiać? Przy sprzątaniu?
~*~
    Stałam na stołku i zmieniałam firanki przy oknie, a Harry czyścił jakieś tam ozdoby, latając ze ściereczką po całym mieszkaniu. W ciągu godziny udało nam się nieźle to ogarnąć. Serce cały czas mi biło, gdy wiedziałam, co muszę mu powiedzieć.
     - Hazz...
     - Viv...
    Powiedzieliśmy w tym samym czasie i oboje zaczęliśmy chichotać. Odwróciłam się do niego. Stał przy telewizorze i czyścił ekran.
     - Miałaś mi coś powiedzieć.- uśmiech zszedł z jego twarzy, a ja przygryzłam wargę. Wróciłam do przywieszania firanek i nie wiedziałam jak zacząć. I co dokładnie powiedzieć.
    Prawdę - podpowiedział cichutki głosik w mojej głowie.
     - Louis... to facet, który ma swoje zasady.
     - To wiem.- westchnął i usłyszałam jak odkłada coś z donośnym hukiem.
     - Nie, to nie tak. On ma konkretne zasady. Coś... jak regulamin w szkole. Rozumiesz? Nie jakiś tam wyznaczonych granic, czy hierarchii wartości. Ma dokładnie wyznaczone zasady, których się trzyma.- zapadła niezręczna cisza, przerywana tylko przesuwaniem się żabek od karnisza.
     - Opowiedz mi wszystko od początku.
     - Umm..- zeszłam z taboretu i spojrzałam na chłopaka, który był skupiony nad wycieraniem szklanek, kieliszków i innego szkła do alkoholu. Wzięłam kieliszek do wina, zamoczyłam w misce z wodą i zaczęłam wycierać razem z nim.- Pracuję w jego firmie kilka miesięcy. Od razu załatwił mi wysoką posadę, ponieważ była sekretarka nagle się zwolniła. Ciepłe miejsce, w takiej firmie, ja ledwo co po studiach, a tyle zaczęłam zarabiać, że po miesiącu kupiłam samochód, a po czterech - mieszkanie. Jednak nie wiedziałam, że to będzie się wiązało z tym, że dowiem się tylu rzeczy o Louisie, który wtedy jeszcze był panem Tomlinsonem.
    Odłożyłam kieliszek na stolik, na którym leżał rozłożony ręcznik i wzięłam kolejny. Słyszałam, jak oddech Harry'ego znacząco przyspieszył, niepewny tego co powiem, zrobił to co ja i nie odrywał wzroku od swoich rąk.
      - Kiedyś zajęłam się sprzątaniem w jego dokumentach. Rzucił mi na biurko jakieś cztery, wielkie kartony, które musiałam uporządkować. Wiesz... musiałam to podzielić na papierki, które mogę wyrzucić, które mam zostawić i które ma jeszcze podpisać. Siedziałam z tym całą noc, ale nie dlatego, że to tyle trwało. Znaczy to też. Po prostu zszokowałam się tym, co znalazłam.
    Opłukałam ręce w misce i wytarłam je ręcznikiem. Odsunęłam się od Kędziorka i podążyłam na korytarz, do miejsca gdzie zostawiłam moją torebkę. Wyciągnęłam z niej starą, pomiętą kartkę, której słowa znałam na pamięć i mogłabym je wyrecytować nawet w nocy. To było coś, przed czym chroniłam Harry'ego od tych kilku tygodni. Gdy wróciłam do chłopaka, on nadal stał bezruchu, przyglądając się swoim dłoniom. Cała drżąc podstawiłam mu kartkę przed nos, a on zaczął czytać na głos.
       0 miłości - cokolwiek to jest;
       Tobie nie zależy
       Bez pośpiechu
       Rzeczowo, ale na temat
       Nigdy nie zaniedbuj pracy
       Po wszystkim, nie utrzymuj kontaktu
       Wszystkie chwyty dozwolone
       Nie opowiadaj nic o sobie
       Staraj się poznać swoją ofiarę
       Dominuj
       Nie przywiązuj się
       Nie wpuszczaj nikogo do swojego łóżka.

    Widziałam łzy na policzkach Harry'ego, które spadały na kartkę. Zgniotłam ją z powrotem i schowałam do kieszeni. Kędziorek nie potrafił nic powiedzieć, więc uznałam, że muszę kontynuować. Lepiej powiedzieć wszystko teraz, niż gdyby cierpiał dłużej.
     - Nie powiedziałam ci o tym wcześniej, ponieważ myślałam, że się zmienił. Myliłam się, nawet bardziej niż sądziłam. Jednak to nie zmienia faktu, że przy tobie stał się innym człowiekiem. Pomyśl, ile z tych zasad złamał? Złamał dla ciebie?
      - Miało mu nie zależeć, a jednak chyba się zakochał...- zaczął.- I nie raz przeze mnie opuścił pracę, a dla niego to cholernie ważne. I miał nikogo nie wpuszczać do swojego łóżka, a raz mi zaproponował, żebym został na noc. Poza tym nie raz spaliśmy razem. I... i ... i.. miał nic nie mówić o sobie, ale jednak... i to chyba tyle.
     - I tak dużo, Hazz... Teraz wiesz, czemu ci nie mówiłam.- położyłam dłoń na jego policzku.- On jest idiotą, który na ciebie nie zasługiwał. I mimo wszystko, powinieneś go sobie odpuścić. Nie zachowywał się wobec ciebie fair...
     Westchnęłam. Teraz czeka mnie najgorsza część tego przemówienia.
     - Codziennie sypiał z kimś innym. Z kobietami, z mężczyznami. Z nikim nie został dłużej niż na jedną noc. Codziennie przez jego biuro przewijało się tyle osób, że nie potrafiłabym ich wszystkich zliczyć. Jednak...- powiedziałam, gdy spojrzał się na mnie swoimi zielonymi tęczówkami- jednak przy nich trzymał się swoich zasad.
     Chłopak zgniótł w dłoni jedną ze szklanek, rozprysła się ona po misce, a z jego reki zaczęła płynąć krew. Próbowałam go dotknąć, lecz on się odsunął.
     - Spałaś z nim?- spytał wściekłym tonem. Otworzyłam szeroko usta, niepewna co powiedzieć.- Spałaś z nim?!- powtórzył trochę głośniej. Zamknęłam oczy i powoli kiwnęłam głową. Po chwili usłyszałam dźwięk tłuczonego szkła. Spojrzałam na stolik. Harry zrzucił wszystko na podłogę, a odłamki szklanek były wymierzane z brunatnymi kropelkami krwi. Jego dłonie były pełne rozcięć, a po twarzy spływały łzy. Był załamany i wściekły. Zaczął chodzić po pokoju i wył. Dosłownie wył, jak małe dziecko. Jego szloch wypełnił całe mieszkanie i dźwięk tłuczonych i rzucanych przedmiotów. Stałam w miejscu trzymając rękę na ramieniu i wpatrywałam się w swoje buty.
    Harry rzucał się tak przez 20 minut. Oboje płakaliśmy, tylko że z różnych powodów. Wiedziałam, że informacja o tym co robił Louis wstrząśnie nim, ale nie sadziłam, że aż tak.
     - Vivienne...- wzdrygnęłam się na dźwięk własnego imienia. Odwróciłam się i spojrzałam na chłopaka. Wyglądał strasznie. Tłuste włosy, podkrążone oczy, czerwony nos i ręce całe we krwi. Pokój był w równie okropnym stanie.- Daj mi czas, błagam.
     - Ale...
     - Nie, Viv. Nie ma żadnego ale. Na razie do mnie nie przychodź i możesz mi oddać klucze?- zapytał, a ja otworzyłam szeroko usta i uniosłam brwi do góry. Jednak po chwili się ogarnęłam i wyjęłam mój kluczyk z kieszeni. Wysunęłam drżącą rękę w kierunku chłopaka, który zabrał klucz ode mnie. Wycofałam się z pokoju i zaczęłam się ubierać, zostawiając Kędziorka w jeszcze gorszym stanie, niż go zastałam. Zarzuciłam torebkę na ramię i wyszłam bez sława. Zamknęłam po cichu drzwi, a wychodząc nadal słyszałam jego płacz. Do czego może doprowadzić jeden facet?
    Ruszyłam przed siebie zamyślona. Znałam tą okolicę jak własną kieszeń - w końcu to tutaj się wychowałam. Nie minęły 3 minuty, gdy spostrzegłam osobę, której nie chciałam tutaj zobaczyć.
     - Louis?!- warknęłam, skupiając jego uwagę na sobie.- Co ty tutaj robisz?
     - Viv... ja. Ja nie wiem co robić.- jęknął. Zlustrowałam go wzrokiem. Wyglądał, jakby nic nie jadł od dłuższego czasu. Był blady, spojrzenie miał zamglone i cały się trząsł. Wystraszyłam się, że coś mu się stało. Położył dłonie na moich ramionach i zacisnął usta w wąska linię. Obejrzał się za mnie, a jego źrenice się rozszerzyły. Chciałam się odwrócić, lecz Louis mnie powstrzymał przyciskając swoje chłodne wargi do moich ust. Trzymał mnie mocno i nie pozwalał się ruszyć, nie wiedziałam co robić, ale nie odwzajemniłam pocałunku. Po chwili się ode mnie oderwał i wpatrywał w jakiś punkt za mną. Odwróciłam się szybko i nie mogłam uwierzyć w to co się dzieje. Harry stał z szeroko otwartymi ustami i nie byłam pewna, czy ślady po łzach są nowe, czy te sprzed kilku chwil, jak zostawiłam go samego w domu.
    Zaczął cofać się powoli, aż w końcu się odwrócił i pobiegł w stronę domu. Odwróciłam się w stronę Louisa.
     - Gdyby nie to, że muszę za nim biec to wbiłabym ci szpilki w dupę, że nie mógłbyś usiedzieć przez tydzień.- warknęłam i pobiegłam za Harrym, nawołując jego imię.
***
notka od autorki: strasznie krótki ._.
wybaczcie mi to pls, ale po prostu nie miałam pomysłu dalej na ten rozdział
Mam nadzieję, że się wam spodobał
Zostawcie komentarze :D
i pamiętajcie o #RulesMemories na tt!
wasza Lucy xx

piątek, 14 listopada 2014

Rozdział 21

mówię wam, posłuchajcie sobie:
Ariana Grande - Just a little bit of your heart
oraz
Ed Sheeran - Wish you were here
a także
Harry Styles - Don't let me go
Będzie tak trochę trochę pomieszane, bo będę pisała fragmenty z pamiętnika na zmianę, więc część Lou będzie pochylona, a część Harry'ego podkreślona.

~Louis' Pov~

 Liam i Sophia zostali u mnie na noc, co dało mi dużo wsparcia. Oczywiście nie obyło się bez kazania, ale tym razem cieszyłem się z tego co mówił. Nie wypominał, nie karcił, ale wspierał. Starał się dodać otuchy, tak samo jego narzeczona. Byli cudownym przykładem poświęcenia się dla siebie. Nie mogłem wyjść z podziwu, że tacy ludzie się znaleźli. Dopełniali się pod każdym względem, charakter, osobowość, pasje, nawet mieli podobne wady. Niestety musieli dzisiaj jechać, a mogę się założyć, że następnym razem zobaczę ich na ślubie. Już nie mogę się doczekać tego momentu, jak zobaczę Liama w garniturze, czego zawsze nienawidził i Sophii w białej sukni.
   Czas sielanki się skończył i musiałem wrócić do pracy. Może przynajmniej tam odpocznę chwilę?
~*~
     - Czy ty jesteś popierdolony, Tomlinson?!- Vivienne krzyknęła, gdy tylko wyszedłem z windy. Nie miałem siły na nic. Ledwo co wziąłem ze sobą butelkę wody. Dziewczyna stała przed moim gabinetem i wpatrywała się we mnie mściwym wzrokiem.
     - Ciebie też miło widzieć.- odpowiedziałem szeptem. Wyjąłem klucze i wszedłem do biura. Dziewczyna podążyła od razu za mną i zamknęła nas od środka. Spojrzała na mnie spod przymrużonych powiek i założyła ręce na piersi.
     - Siadaj. Musimy pogadać.- wykonałem jej polecenie i spojrzałem prosto w jej zielone oczy. Nie miałem siły na nic, więc czekałem, aż coś powie.- Czemu mu to zrobiłeś?
     - A co, przyszedł do ciebie i się poskarżył?- powiedziałem obrażającym tonem, choć w głębi serca nie chciałem się z niego wyśmiewać. Był moim Loczkiem, uroczym chłopakiem, który często się rumieni. Jednak musiałem pozostać niewzruszony.
    - Tak, do cholery jasnej, tak!- krzyknęła. Nigdy nie widziałem, żeby była tak wściekła. Nawet jak jej były chłopak-prześladowca codziennie wysyłał jej po 30 bukietów kwiatów, a ona wyrzucała je przez okno.- Czemu. To. Zrobiłeś?!- wycedziła przez zęby i oparła się o blat mojego biurka.
     - Wiesz jaki jestem. Znasz mnie, a nawet sama tego doświadczyłaś. Nie jestem typem osoby, która wiążę się na dłużej.- powiedziałem powoli i spokojnie. Nagle poczułem silne uderzenie w policzek. Odchyliłem głowę w bok i złapałem się za czerwony ślad. Przygryzłem wargę i spojrzałem na wściekłą dziewczynę. Złapała mnie za kołnierzyk i zbliżyła się znacznie do mnie, że nasze twarze dzieliły milimetry.
     - To po jakiego chuja to wszystko było? Po co te rady, spotkania, romantyczne kolacje? Po co mówiłam ci jak masz się do niego zachowywać? Po co mu tłumaczyłam co ma zrobić, żebyś się w nim zakochał? Po to, żebyś go przeleciał i zostawił w pieprzonym studio, które kupiłeś dla niego?!- powiedziała cicho z obrzydzeniem w głosie.
     - Ty mu pomagałaś?! Wiedziałaś o wszystkim...
     - Tak. Zawsze mu pomagałam i poznałam go lepiej, niż ty. Wiesz czemu? Bo ja chciałam go poznać, a moje intencje były szczere, a nie samolubne jak twoje. Myślałam, że się dla niego zmieniłeś. Myślałam, że on cię zmienił. Louis, kurwa! Myślałam, że go pokochałeś! Poświęciłeś się dla niego, tęskniłeś, mogłeś rozmawiać tylko o nim. Miałam nadzieję w głębi serca, że to będzie dla ciebie coś więcej, niż jakaś głupia noc. Dlatego mu nie powiedziałam co robiłeś. Nie powiedziałam o setkach kobiet - ba! nawet i mężczyzn!- z którymi spałeś. On ciągle mi powtarzał, że bardzo chce to z tobą zrobić. Bardzo chce być z tobą. Tylko chciał być pewny, że go kochasz. I mu to powiedziałeś. Jednak zapomniałeś mu wspomnieć, że siebie samego kochasz bardziej i nie jesteś w stanie się dla nikogo poświęcić. Widzę, że popełniłam błąd, że wam obu pomagałam. Mogłam opowiedzieć mu wszystko, co tylko chciałam, zaczynając o prawdzie, a kończąc na najgorszych kłamstwach o tobie. Ale nie! Byłam dla ciebie za dobra.- zacisnęła dłonie jeszcze mocniej, a do jej oczu napłynęły łzy.- Jednak ja sobie na to zasłużyłam, bo jestem złym człowiekiem. A Harry? On był za dobry, chronił cię, a ty nawet o tym nie wiedziałeś i nie dowiesz, bo miałeś kaprys, żeby go sobie zostawić. On tak cię kocha... Nigdy nie spotkałam osoby, która mogłaby darzyć takiego dupka jak ty, tak mocnym uczuciem. Ja pierdole, przecież, gdyby nie był gejem i zostalibyśmy parą to dziękowałabym Bogu na kolanach za takiego człowieka. Ale Louis, pieprzony, samolubny, dupek Tomlinson ma gdzieś uczucia innych. Dla niego najważniejsze jest sprawianie przyjemności. Niestety - jedynie sobie samemu.
    Po tych słowach mnie puściła i podeszła do drzwi. Otworzyła je na oścież i wyszła na korytarz bez zamykania ich. Gładziłem się po policzku i rozmyślałem nad słowami, które właśnie powiedziała. Zacząłem płakać, uświadomiłem sobie, że to była prawda. Nie zasługuję na kogoś takiego jak Harry. I dobrze o tym wiem, dlatego nie chciałem zniszczyć mu życia.
    Vivienne stanęła w progu i spojrzała na mnie. Na nosie miała czarne okulary przeciwsłoneczne, na ramieniu zwisała czarna torebka, a w dłoni trzymała bukiet kwiatów.
     - Cieszę się, że Teddy nie poznała takiego chuja jak ty.
     - Co?- zdziwiłem się.
     - Słyszałeś. Miał cię zabrać do niej i pokazać prawdziwego siebie. Chciał się wreszcie otworzyć, bo ty otworzyłeś się przed nim. Chciał ci ją przedstawić, pokazać swoje życie. Powiedzieć prawdę, jednak ty go olałeś.- podeszła do mnie i rzuciła kwiaty na biurko. Odwróciła się na pięcie i wyszła z mojego gabinetu trzaskając drzwiami.
    Teraz mam więcej pytań, niż miałem godzinę temu.
     Wziąłem karteczkę, która była przymocowana do bukietu.
                "Kocham cię tak mocno, jak nikogo na świecie. Twój H."
~*~
    Drogi Pamiętniku!
        Czemu jest tak ciężko? Czemu kiedyś wyjście od kogoś nie sprawiało mi problemu, a teraz nie mogę opanować łez, spływających po moich policzkach? Czemu, gdy widzę jego numer na ekranie telefonu to po prostu się wyłączam, zamiast odebrać i z nim pogadać? Czemu się boję?
~*~
     Drogi pamiętniku!
           Myślałem, że można mnie kochać. Myślałem, że jak się kocha to na zawsze. Myślałem, że jest wyrozumiały. Ale jednak - zostawił mnie. Czemu nie mogę przestać o nim myśleć? Czemu oglądam w kółko nasze zdjęcia i rozmyślam, jaki jest idealny? Czemu osoba, która zostawiła mnie już po raz drugi, nie może wyjść z mojej pamięci?
~*~
          Przytulam nasze zdjęcie do piersi i ciągle chodzę w jego bluzie. Nie umiem bez niego funkcjonować, jednak czy z nim też bym umiał? Czy nadaję się do tego, żeby żyć z kimś? Nie potrafię się skupić na niczym innym, niż na jego zielonych oczach i miękkich loczkach. Jednak, jeśli dowiedziałby się prawdy, to czy i tak by mnie nie zostawił? Czy moja przeszłość nie zniszczyłaby jego kruchego serca?
~*~
        Ręce mi się trzęsą jak to piszę. A może to jednak moja wina? Może powinienem wcześniej wytłumaczyć mu kim są Teddy i Rose? W końcu dowiedział się o nich w nieodpowiedni sposób, mógł pomyśleć cokolwiek. Może w jego oczach wyszedłem na kłamce? W jego pięknych, niebieskich oczach, niczym niebo. Czy kiedykolwiek pokocham czyjeś oczy tak mocno jak jego? Jak całego Louisa?
~*~
        Nigdy nie będzie kogoś takiego jak Harry. Nikt go nie zastąpi. Nawet w połowie. Był jak anioł, który się mną opiekował i sprowadzał na dobrą drogę. Pierwszy raz się na kogoś otworzyłem, a jednak wygrała moja upartość. Czy da się to jakoś naprawić? Wątpię. Wiem tylko, że przyzwyczaiłem się usypiać wtulony w niego, słuchać jego głosu, jego śmiechu, czuć słodkie usta na moich wargach, policzkach, szyi... Myliłem się, gdy mówiłem, że nie jestem zdolny do tęsknoty. Myliłem się, kiedy mówiłem, że nie umiem kochać. Myliłem się za każdym razem, gdy nie chciałem dla niego złamać moich zasad. 
~*~
            Czy on znalazł sobie już kogoś nowego? Czy ta dziewczyna z "L" na szyi to ktoś mu bliższy? Czy kłamał, gdy mówił jak bardzo mnie kocha? Byłem tylko pionkiem w jego grze, dobrze wiedział, że wygra. Dobrze wiedział co robi. Gdzie zniknął mój kochany chłopiec w czerwonych spodniach i bluzce w paski, którego pokochałem już w szkole średniej? Czemu Nowy York tak go zmienił? Jednak, przy mnie był zupełnie innym człowiekiem. Był sobą.
~*~
        Nie muszę wiedzieć, co robi. Pewnie płacze. Albo po prostu się załamuje i mnie nienawidzi. Nie ma co ratować. Vivienne miała rację. Zachowałem się jak dupek, samolubny dupek, który postawił miłość do samego siebie, ponad miłością tak bezinteresowną, jak miłość Harry'ego. Jednak bałem się, że znowu poczuje się samotny. Że znowu mnie ktoś opuści. Tylko za pierwszym razem był to ojciec, a teraz byłaby to miłość mojego życia. Mój Loczek. Nie dałbym rady, gdyby okazało się, że nie jestem nawet częścią jego serca. Co z tymi dziewczynami? Kim one są? Czemu są dla niego tak ważne? Ważniejsze... ode mnie?
~*~
            Czemu mnie opuścił? Czemu zostawił? Mam dość poczucia samotności. Chciałbym, żeby był obok mnie. Chciałbym, żeby kochał mnie tak mocno jak ja jego przez te wszystkie lata. Jest moją jedyną i prawdziwą miłością, a moje serce należy do niego. Nie tylko jego część, ale całe. Odchodząc, zabrał je ze sobą, a teraz w jego miejscu mam pustkę. Na ciele ciągle czuję jego chłodną skórę, a w głowie słyszę, jak mi śpiewał. Przypominam sobie nasze pierwsze spotkanie w piekarni, nasz pierwszy taniec, nasz pocałunek, nasz pierwszy raz. Przypominam sobie jak zabrał mnie do studia, jak pokazałem mu zdjęcia, jak bawiliśmy się na fontannach, jak zobaczył gazetę, jak wynosiłem go pijanego z baru, jak graliśmy na gitarze, jak byliśmy na koncercie, jak siedzieliśmy wśród świec i poduszek, jak byliśmy w kinie. To był tylko miesiąc, a przeżyłem najwspanialsze chwile w moim życiu. 
~*~
               Nigdy nie zapomnę uczucia, jakie towarzyszyło mi za każdym razem, gdy zbliżaliśmy się do siebie z Harrym. Jak uczyliśmy się grać na gitarze. Jak martwiłem się o niego po koncercie. Jak byłem zły o to zdjęcie. Jak tęskniłem, gdy wyjechał. Jak pocieszałem go, gdy miał lęk wysokości. Jak nie miał dla mnie czasu, a ja byłem zazdrosny. Jak czytałem romanse, żeby dowiedzieć się co to miłość. Jak dałem mu to studio. Jak pokazywałem mu mieszkanie. Jak kłóciliśmy się o pizze. Kiedy to wszystko się stało? Znam go od miesiąca, a przeżyłem najwspanialsze chwile w moim życiu. Bez niego nigdy nie będzie tak samo. Kawa będzie zawsze gorzka, chleb niedobry, serce złamane.
~*~
           To boli, gdy wiem, że go straciłem. Moje życie zmieni się na zawsze. Nie poczuję już tego,  co wtedy jak byłem z nim. Czemu nadal trwa w tym co robi? Czemu nie chce się zmienić? Gdybym od początku był z nim fair to może to wszystko by się nie stało?
~*~
               Kocham go. Kocham tego uroczego, przystojnego, pracowitego, miłego, kochanego, pomocnego, dobrego chłopaka o oczach jak trawa, z czystym sercem i duszą anioła.
                           Kocham go i nigdy nie przestanę. Na zawsze pozostanie moim głuptaskiem.
                                                Louis.
~*~
              Kocham Louisa Tomlinsona - upartego, wrednego, bezczelnego, ironicznego dupka, jakim jest. Może ma wiele wad, ale ma też wiele zalet, bo jest na prawdę wspaniałym człowiekiem, który starał się dla mnie.
           Kocham go całym sercem, które zabrał ze sobą, gdy odchodził. Mam dość spania samemu, jednak dla niego moje ramiona pozostaną na zawsze otwarte.
                                                                             Harry.
***
notka od autorki: Więc ten... oddaję za chusteczki, bo sama miałam łzy w oczach na tym rozdziale. Mam nadzieję, że słuchaliście muzyczki. Kocham ten rozdział, chyba jedyny, który wyszedł dobrze. Eh. mój talent <<< mniejsza o to, 22 w następny weekend (pewnie w niedziele, ale może uda mi się dodać wcześniej). I nie zapominajcie o #RulesMemories na tt, z chęcią czytam wasze wspomnienia! Ah, no i epilog będzie w Sylwestra! :D Chyba tyle, do następnego!
Wasza Lucy xox

wtorek, 11 listopada 2014

Rozdział 20

ważna notka ludu!

~Harry's POV~

    Obudziłem się rano z uśmiechem na twarzy i sięgnąłem ręką, żeby objąć Louisa. Jednak jego tam nie było. Podniosłem głowę i rozejrzałem się po środku. Zniknęły jego ubrania i moja bluza. Uśmiechnąłem się szeroko i opadłem z powrotem na poduszkę, przyglądając się sufitowi, rozmyślałem o tym co wczoraj się działo. Było cudownie.
    Szkoda, że Louis wyszedł. Ale pewnie musiał iść do pracy. Miło, że wziął moje rzeczy, pewnie będzie w niej chodził, jak za mną zatęskni, czy coś. Zarumieniłem się na ten widok. Usiadłem i przetarłem twarz dłońmi. Byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi! Louis... on mnie kochał! Serce zabiło mi mocniej. Co się stanie jak opowiem mu o Rose? Jak przyjmie to, że nie będę mógł mu poświęcić całego czasu? A może je polubi, a Teddy pokocha go jak mnie? Wtedy chyba nawet koniec świata nie zepsułby mi humoru. Westchnąłem.
     - Muszę z nim porozmawiać.- szepnąłem.
~*~
    W głowie układałem sobie całą mowę, w której wytłumaczę wszystko Louisowi. Skoro mnie kocha, to zrozumie, że dla Teddy zrobię wszystko? Jadąc windą do jego gabinetu, stresowałem się jeszcze bardziej, niż przed naszym pierwszym spotkaniem. Nerwowo zaciskałem na dłoń na bukiecie białych róż, które dla niego kupiłem. Winda się zatrzymała, a ja ruszyłem długim korytarzem prosto do jego gabinetu. Serce waliło mi jak oszalałe, a słowa już się pomieszały.
     - Harry?- usłyszałem zmartwiony głos Vivienne.- Co ty tu robisz?
     - Przyjechałem do Louisa. Nie ma go?- zdziwiłem się.
     - Nie ma. Wpadł rano po dokumenty i wrócił do domu.- szepnęła. Staliśmy chwilę w ciszy, nie wiedząc co robić. Było trochę nerwowo, a ona nad czymś się zastanawiała. Nagle jęknęła i złapała się za głowę.- Harry... co między wami się zdarzyło?- spuściła wzrok i czekała na to co powiem. Opowiedziałem jej co się stało wczoraj, oczywiście ominąłem parę szczegółów, ale dziewczyna mogła się ich domyśleć. Uśmiech nie schodził mi z twarzy i nie mogłem się już doczekać, kiedy spotkam się z moim Louisem.
     - Nie jedź do niego.- powiedziała stanowczo.- Proszę Harry... kiedyś ci to wyjaśnię, ale nie jedź tam.- zatrzymała się na chwilę.- to koniec.- dodała szeptem. Nie miała odwagi podnieść wzroku. Rzuciłem kwiaty na jej biurko i oparłem się rękoma o blat. Byłem zdezorientowany, ale i wściekły.
     - Jesteś moją przyjaciółką! Vivienne, do cholery, co tu się dzieje? Co wiesz czego ja nie wiem?!
     - Kędziorku, proszę nie krzycz! Porozmawiam z nim najpierw, a potem wyjaśnię wszystko tobie! Błagam, nie jedź tam!- spojrzała na mnie błagalnie. Moje oczy napełniły się łzami, dłonie zacisnąłem w pięści. Nie chciałem już na nią patrzeć.
     - To po co mi ciągle pomagałaś, skoro wiedziałaś, że taki będzie tego koniec?- powiedziałem załamanym tonem.
     - Myślałam, że się zmienił... Proszę. Porozmawiam z nim, a potem się spotkamy, dobrze?
    Nie odpowiedziałem jej. Ruszyłem w stronę windy i jedyne co teraz chciałem zrobić to nawrzeszczeć na Lou i zapytać, czy to prawda.
~*~
    Zmienił kod. Ten pieprzony idiota zmienił kod i nie otwiera mi drzwi. Stoję już dobre 30 minut i dzwonię domofonem, a on siedzi w mieszkaniu niewzruszony. A może go nie ma? Może Vivienne się myliła, a on po prostu musiał jechać, nie ma go w domu? Cokolwiek, ludzie! Na moje telefony też nie odbierał, na smsy nie odpisywał. Nic. Jakby zapadł się pod ziemię. Waliłem w drzwi windy. Krzyczałem w duchu, a łzy spływały mi po policzkach. Wszystko mnie bolało. Zwłaszcza serce. Wyobrażałem sobie, że teraz będzie pięknie. Będziemy razem, on pozna Rose i Teddy, może nawet ten związek miałby przyszłość? Ludzie omijali mnie szerokim łukiem i patrzyli jak na idiotę, kiedy raz za razem uderzałem w ścianę i wyłem z bólu. Nie wytrzymałem psychicznie i osunąłem się na ziemię, zaciskając telefon w palcach. wybrałem jeszcze raz jego numer z nadzieją, że może tym razem odbierze.
     - Słucham?- usłyszałem jego chłodny ton w słuchawce. Przeszły mnie dreszcze, nigdy nie był wobec mnie tak obojętny.
     - Możemy się spotkać?- zapytałem błagalnym tonem i starałem się nie wybuchnąć.
     - Przykro mi, nie mam czasu.- westchnął i mogę przysiąc, że wywrócił oczami.
     - Jutro? Pojutrze?- błagałem.
     - Wybacz Harry, nie mam już czasu.
     - Lou...
     - Nazywam się Louis, a nie Lou. Do widzenia Harry.- powiedział i się rozłączył.
    Moje serce pękło na tysiące kawałeczków. Nie da się już tego skleić. To było najgorsze uczucie na świecie. Jeszcze rano byłem taki szczęśliwy. Co się, stało? Czemu z "kocham" przeszliśmy na "nie mam czasu". Nawet nie miałem siły, żeby płakać. Czułem się jak wrak. Jakbym nie był pełny. Czułem się tak, jak wtedy, gdy Louis wyjechał z Doncaster, a ja zostałem tam sam z myślą, że więcej go nie spotkam. Może byłoby lepiej, gdybyśmy się nie poznali? Nagle obok mnie stanął ochroniarz, myślałem, że chce mnie wyprowadzić, ale chyba na kogoś czekał. Do lobby weszła na prawdę piękna kobieta. Miała jasne usta, niebieskie oczy i długie karmelowe włosy. Ubrana była w czarne spodnie i różową koszulkę, a na szyi zawisł jej naszyjnik z literką "L". Podeszła do ochroniarza, a ten się odezwał:
      - Pani do pana Louisa Tomlinsona, prawda?
      - Tak. Możemy już jechać?- odpowiedziała miłym tonem i oboje wsiedli do windy. Nabrałem powietrza i szybko opuściłem wieżowiec, wpadając na jakieś mężczyznę o oczach jak łania, ale wyminąłem go szybko i pobiegłem do domu.

Louis' POV

    Siedziałem wtulony w bluzę Harry'ego i płakałem. Nie mogłem się opanować. Złamałem mu serce, ale za jakiś czas pewnie znajdzie sobie kogoś, kto go pokocha, tak jak na niego zasługuje. Sięgnąłem łyżką, po kolejną porcję lodów. Od rana tylko to zjadam, już chyba 5 opakowanie moich ulubionych, karmelowo - waniliowych lodów. Nie wierzyłem w to, że mogłem go tak spławić. Pewnie teraz jest na mnie wściekły, nie chce mnie znać. Nienawidzi mnie. Zakryłem twarz poduszką i wtuliłem się mocniej w jego bluzę i wdychałem zapach. Był taki idealny. Nie wiedziałem, co mam robić. Czekałem tylko, aż Liam ze swoją dziewczyną przyjdą i będę mógł spędzić z nimi czas. Nagle drzwi do windy się otworzyły i wysiadła z nich piękna dziewczyna. Liam zawsze wiedział jak dobierać sobie partnerki.
     - Cześć, pewnie jesteś Sophia.- powiedziałem zachrypniętym głosem i podszedłem do niej.
     - Tak. A ty Louis. Liam dużo mi o tobie opowiadał.- uśmiechnęła sie przyjaźnie i mnie przytuliła.
     - Ciesze się, że przyjechaliście. Gdzie Li?
     - Pomyślał, że pewnie nic nie jesz i poszedł po pizze.- odpowiedziała i zmierzwiła mi włosy. Wyglądała na starszą, zresztą jak i mój kolega. Musiała być mniej więcej w jego wieku, czyli około 25 lat. Poszliśmy do kuchni po sok, a po chwili pojawił się też mój przyjaciel.
     - Louis!- krzyknął, a ja odwróciłem się w jego stronę.- Ugh. Wyglądasz okropnie.- skrzywił się, ale wszyscy wybuchliśmy głośnym śmiechem.
     - Cieszę się, że wreszcie mogliśmy się spotkać. Ile to już? Prawie pół roku!- mężczyzna zbliżył się i mnie przytulił, odkładając pizze na blat.
     - Liam, tak trochę nie wypada pytać...
     - Czy ty kiedykolwiek zrobiłeś, coś co wypada?
     - No nie. Więc mieliście być w LA. Czemu przejechaliście całe Stany, aż do NY?
    Liam zadzwonił do mnie koło 10, gdy byłem zapłakany i jak mnie usłyszał, uznał, że przyjedzie niedługo. Pojawił się po dwóch godzinach i cieszę się, że mogłem go spotkać. Był zawsze takim porządnym, grzecznym chłopakiem. Czasami mi matkował i pouczał, ale dzięki niemu zachowałem resztki rozumu.
     - I tak mieliśmy tutaj pozałatwiać parę spraw i ty byłeś numerem jeden na naszej liście.
     - Pobieramy się w przyszłym roku!- pisnęła Sophia i wyjęła z torebki białą kopertę, na której widniał napis "Pan Louis Tomlinson z osobą towarzyszącą". Zacząłem na nowo płakać i przytuliłem się do szczęśliwej dwójki.
***
notka od autorki: Tak, rozdział miał być taki krótki. I mam do was prośbę. Zbliżamy się powoli do końca bloga (smuteczek), więc piszcie na twitterze to co najbardziej zapamiętałyście z tego ff! Nie zapomnijcie dodać hasztagu #RulesMemories ;) 
Wasza Lucy xx