niedziela, 3 kwietnia 2016

AGAIN

WITAM KOCHANI!

TRZECIA CZĘŚĆ JUŻ JEST!

OTO LINK:


LINK DO DRUGIEJ W POPRZEDNIM POŚCIE

MIŁEGO CZYTANIA

KOCHAM WAS

LUCY X

czwartek, 1 stycznia 2015

SHELTER

Soooł... jest parę osób, które nie mają tt, ani gg, ogólnie maja jak się ze mną skontaktować, więc link do shelter wstawiam tutaj :

>>klik<<

Do napisania za 2 tygodnie c: 

wtorek, 30 grudnia 2014

Epilog

NIECH KAŻDY KTO TO PRZECZYTA ZOSTAWI JEDEN, CHOĆBY KRÓTKI KOMENTARZ - JESTEM CIEKAWA ILE OSÓB TO CZYTAŁO!

Nie bez powodu ktoś powiedział, 
że zasady są po to, żeby je łamać.
Nie bez powodu, wszyscy robili to,
czego nikt od nich nie oczekiwał,
zamiast tego o co ich prosili.
Każdy z nas zna taką sytuację,
gdzie zamiast zrobić coś według regulaminu,
zrobił to po swojemu.
Nie zawsze trzymanie się zasad,
wychodzi nam na dobre.
Zwłaszcza wtedy, gdy sami je sobie ustalamy.
Świat Louisa stracił sens.
Gdy wyrzekł się miłości do Harry'ego,
już nic nie było takie samo.
Kawa była gorzka,
chleb niedobry,
a serce złamane.
Dowiedział się prawdy,
rozpalił w sobie uczucie,
rozniecił płomień namiętności,
który zgasić potrafił tylko Harry.
Jednak...
Nie umiał z tego skorzystać.
Spadł.
Ale, czy taki musiał być
koniec?
~*~
Serce Harry'ego stanęło.
Zobaczył jak miłość jego życia,
właśnie umarła.
Łzy same napłynęły mu do oczu.
Coś się jednak nie zgadza...
Gdzie krzyki ludzi?
Pisk opon?
Czemu jest tak cicho?
Nikt nie zobaczył spadającego Louisa?!
Harry podszedł wolnym krokiem do krawędzi.
To co zobaczył, było szokiem.
Nie wiedział, czy śmiać się,
czy płakać.
To musiał być cud.
Nikt normalny nie przypuszczałby, że ta historia
zakończy się właśnie tak.
~*~
"Loczku, będzie dobrze"- Vivienne szeptała.
Siedzieli w poczekalni,
nie wiedzieli co ze sobą zrobić.
Jedna sekunda,
Jeden ruch,
Złe zagranie,
Złe posunięcie.
Wszystko wyszłoby inaczej.
Jednak szczęście im sprzyjało.
Louis żył.
Jego serce biło.
To samo serce, które przepełniała miłość do Harry'ego.
To samo, które było lodowate,
a stopiła je miłość do młodego chłopca z burzą loków na głowie.
Jednak, teraz będzie potrzebował pomocy,
poświęcenia,
czasu,
i miłości.
"ZAWSZE będę przy nim" - powiedział Harry.
Dotknął dłonią zimnej szyby, za którą leżał Louis.
"Zawsze?- szepnęła Viv.
"NIGDY go nie opuszczę."- jego głos się załamał.
"Nigdy?- zapytała znów.
"Nigdy."- szepnął i osunął się po szybie.
~*~
Jak potoczy się życie tej dwójki?
Czy od teraz będzie kolorowo?
Louis zapragnie zmiany.
Będzie poszukiwał swojej drogi do szczęścia,
swojego garnca złota na końcu tęczy,
czterolistnej koniczyny,
czy pewnego dwudziestolatka o pięknych, zielonych oczach.
Niektóre osoby mu tego nie ułatwią,
zniszczą to na czym mu zależy.
Czy znajdzie swoje miejsce na świecie?
Czy znajdzie... SCHRONIENIE?
Chcecie znać dalszą część tej historii?
Zapraszamy do zakładu psychiatrycznego:
SUNNY
Z pozoru miła nazwa,
ale wewnątrz jeszcze większe cierpienie.


KONIEC TOMU PIERWSZEGO

***

notka od autorki: cóż, pewnie wszyscy teraz jesteście w szoku. Napisałam ten epilog na początku grudnia i odkąd pojawiła się myśl napisania drugiej części to zastanawiałam się jak zrobić to tak, żeby prolog miał sens (jeśli go nie pamiętacie, zachęcam do odświeżenia pamięci).
Tak, jest JUŻ druga część RULES, która nosi tytuł SHELTER. Pewnie rozmawiając z niektórymi osobami prywatnie, wspominałam, ze po zakończeniu tego będę pisała drugie ff - no cóż, oto jest!
Więc, jeśli chcecie link chciałabym, abyście zgłosili się do mnie prywatnie (w sensie na gg, tt - @RusherMuffin, bądź fb). Nie chce nikomu narzucać czytania drugiej części i chciałabym, żeby tylko osoby zainteresowane dostały link c:
Zwiastun... cóż, też mam już od miesiąca. Również jest już dodany >>klik<<
Na razie znikam, robię sobie przerwę od pisania, pewnie na około 2 tygodnie, bo więcej nie wytrzymam, haha.

DZIĘKUJĘ WAM WSZYSTKIM I KAŻDEMU Z OSOBNA ZA WSPARCIE JAKIE MI DALIŚCIE, ŻE WYTRWALIŚCIE ZE MNĄ PRZEZ GORSZE I LEPSZE ROZDZIAŁY, SMUTNIEJSZE I TE RADOŚNIEJSZE, ŻE WY BYLIŚCIE PIERWSZYMI OSOBAMI, KTÓRE CZYTAŁY MOJEGO SMUTA, ŻE DOCENIALIŚCIE MOJĄ PRACĘ I KURWA! TO BYŁO MOJE PIERWSZE FF, KTÓRE DOPROWADZIŁAM DO KOŃCA, A WIECIE CZEMU? TO DZIĘKI WAM!
TERAZ DO PODZIĘKOWAŃ KAŻDEMU Z OSOBNA (PRZYNAJMNIEJ TYM OSOBOM BLIŻSZYM MOJEMU SERCU)!
MOJEJ @DREAMSTOBOTTOM, ZA POPRAWIANIE ROZDZIAŁÓW (CO Z TEGO, ŻE POD KONIEC FF, SHH), ZA SŁUCHANIE MOICH BZDUR ORAZ MOTYWUJĄCE KOMENTARZE!
KOCHANEJ @SMOLIPALUCH, ŻE NA KAŻDY TWÓJ KOMENTARZ WYCZEKIWAŁAM Z NIECIERPLIWOŚCIĄ I PEŁNA POZYTYWNYCH EMOCJI!
WSPANIAŁEJ @_BULSHITXX_, ZA TO, ŻE KAŻDY TWÓJ KOMENTARZ BYŁ PRZEŁADOWANY UCZUCIAMI, ZAANGAŻOWANIEM I NIEBYWAŁYM NASTAWIENIEM!
DZIĘKUJĘ "HI!" ZA KAŻDĄ, NAWET NAJDROBNIEJSZĄ POMOC, ZA NASZE ROZMOWY, KTÓRE CZASEM POMAGAŁY MI PISAĆ ORAZ ZA DOCENIENIE.
DZIĘKUJĘ KAŻDEMU KTO ZOSTAWIŁ KOMENTARZ (NA BLOGGERZE LUB NA WATTPADZIE), ZA KAŻDA GWIAZDKĘ, POLECENIE KOMUŚ TEGO LUB PO PROSTU ROZMAWIANIE ZE MNĄ O TYM, BO NIE SPODZIEWAŁAM SIĘ, ŻE TYLE OSÓB TO BĘDZIE CZYTAĆ :")
DZIĘKUJĘ ZA PONAD 400 KOMENTARZY, WOW! JESTEM POD WRAŻENIEM!
DZIĘKUJĘ ZA NAWET NAJMNIEJSZĄ POMOC PRZY TWORZENIU TEGO BLOGA, ZWIASTUNU, SZABLONU, NAWET POMYSŁÓW.
I DZIĘKUJĘ, ZA TO, ŻE WYTRWALIŚCIE.

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU I DO NAPISANIA ZA PARĘ TYGODNI!

PROSZĘ O KOMENTARZ, OKI? C:

WASZA LUCY XXX

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Rozdział 30

BARDZO BARDZO BARDZO WAŻNA NOTKA, KURDEEEEE, PLS PLS PLS I PRZECZYTAJCIE TEŻ TE WSPOMNIENIA, BO DODAŁAM JEDNO, KTÓREGO WCZEŚNIEJ NIE OPISAŁAM ^^ 


   Zdenerwowany spojrzałem na młodego chłopaka na zapleczu, który wyciągał gorące chleby z piekarnika. Miał seksowne nogi i uroczo związane włosy w mały kucyk na środku głowy.
     - Przepraszam, że musiał pan czekać, ale nie chciałem ich spalić.- wyszedł ze spuszczoną głową, bo wycierał mąkę z fartuszka. Podniósł głowę, a na jego ustach gościł szeroki uśmiech. Miał piękne dołeczki w policzkach i duże, umięśnione dłonie. Miał brytyjski akcent i głęboki, niski, cholernie podniecający głos.
   Wziąłem długopis, który leżał na ladzie i zapisałem na nim swój numer. Szybko go odłożyłem, a Harry się odwrócił.
     - Coś jeszcze?- znowu się uśmiechnął i spojrzał mi w oczy.
     - Nie to wszystko.- wziąłem reklamówkę i podałem mu banknot.
 Zaczął mu się przyglądać, coraz bardziej się rumieniąc.
     - Nie wiem, czy mogę takie przyjmować...- szepnął. Wyjąłem portfel i dałem mu druga pięćdziesiątkę.
     - Ta pierwsza jest dla ciebie.- puściłem mu oczko i wyszedłem ze sklepu.

    Zakryłem usta dłonią i spojrzałem w dół. Pierwsze spotkanie w piekarni, kiedy ciągle się rumienił i był speszony. Gdy grałem nieczysto.., gdy tylko grałem... Wtedy nic nie podejrzewałem, myślałem, że ja rządzę, jednak oboje byliśmy nieuczciwi. Jednak, nigdy nie zapomnę jak spojrzałem w jego zielone tęczówki... Do tej pory nie mogłem wytłumaczyć, co się wtedy stało, jednak podejrzewam, że było to p r z e z n a c z e n i e.

     - Lou! Nie traktuj jej tak, jakby była twoja marionetką!
 Jak on mógł się mi kurwa przeciwstawić?!
     - Ale..
     - Nie ma żadnych "ale". Wziąłem herbatę i nic wielkiego się nie stało, a ty dramatyzujesz.

    Pamiętam, jakby to było wczoraj... Po raz pierwszy ktoś mi się przeciwstawił... i nie była to osoba z mojej rodziny. To był dla mnie szok i do tej pory nie mogłem zrozumieć, czemu się nie bał, skoro widział jak się zachowuję?

     - Zatańczysz?- spytałem, a on się zarumienił.
     - To wolna piosenka.- zauważył, a ja kiwnąłem głową. Drugą ręką złapałem jego dłoń i zacząłem poruszać w rytm muzyki. Cały czas miał spuszczoną głową, a policzki oblewał czerwień.
     - Nie wstydź się.- przycisnąłem go bliżej siebie i oblizałem usta. Przygryzł wargę i uśmiechnął się do mnie z góry. Zacząłem śpiewać mu cicho śpiewać, nie przerywając tańca.
     - Ładny masz głos.- stwierdził.
     - Ty też.- trąciłem nosem jego policzek.- I nie tylko głos.- szepnąłem i pocierałem ręką po jego plecach. Jego oddech stał się płytki, a serce biło jak oszalałe. Zadowoliła mnie ta reakcja. Spojrzałem mu w oczy i znowu oblizałem usta. Utrzymywaliśmy kontakt wzrokowy, cały czas poruszając się wokół własnej osi. Piosenka się skończyła, a my gwałtownie się zatrzymaliśmy.
     - Dziękuję za taniec.- szepnąłem i uśmiechnąłem się.

    To było urocze... Kochane... Czułem się, jakbym był na weselu, ale przecież tego mu nie powiedziałem. Pierwszy raz z kimś tańczyłem T A K. Zwykle moje tańce polegały na ocieraniu się o siebie lub tańcu na odległość, nigdy wolne. Jednak, akurat tego razu nie żałuję.

     - Spójrz. "Styles Photography".- przeczytałem szyld i uśmiechnąłem się pod nosem.
     - Ktoś ma tak samo na nazwisko jak ja.
     - Idziemy zajrzeć?- spojrzałem na niego.
     - Louis... jest przed 8, na pewno zamknięte, a nie możemy się włamać...-powiedział cicho z przerażeniem w oczach.
     - Co z tego, skoro możemy otworzyć?- zbliżam się do drzwi, a Loczek łapie mnie za łokieć.
     - Ja nie chcę, Louis... to nielegalne.- szepnął, a ja wywróciłem oczami.
     - Byłoby nielegalne, gdybym tego nie miał klucza oraz umowy, że teraz ja jestem właścicielem.- odpowiedziałem ironicznie i wyrwałem się z jego ucisku. Otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Odwróciłem się i zobaczyłem zszokowanego chłopaka z rozdziawioną buzią.- Idziesz, czy będziesz tak stał?

    Łzy spływały po moich policzkach, a wizja skoku była coraz bliżej. Przetarłem dłonią twarz i zawyłem z rozpaczy. To był cudowny moment, Hazz był szczęśliwy, podekscytowany, szkoda, że od początku liczył na moje pieniądze. Nazwałbym go materialistą, jednak za bardzo go poznałem, żeby tak o nim mówić. On kochał mnie tak długo, kochał mnie od dawna. Może nasz początek nie był idealny, trochę fałszywy. Ale moglibyśmy stworzyć własną bajkę, prawda?

    Wszędzie pozapalane świece, a na środku tuziny poduszek w różnych kolorach, kształtach i rozmiarach. Spojrzałem zdziwiony na chłopaka. Uśmiechał się szeroko, a ja stałem jak zamurowany.
     - O kurwa. Tego się nie spodziewałem.- mruknąłem.

    Szok. Jedyne słowo, jakie mogłem użyć, żeby opisać, co wtedy przeżyłem. To było dla mnie czymś niespodziewanym. Starał się i chciał, żebym go pokochał, ale w tym samym czasie zrozumiał, że to uczucie, które rozpaliło jego serce jeszcze w Donny nadal w nim trwa. Pozwoliłem się wykorzystywać. Od naszego pierwszego spotkania, ale co poradzę? Byłem po prostu głupcem. Ale nie żałuję, że się w nim zakochałem.

     - To było niesamowite! Grasz świetnie, a jeszcze lepiej śpiewasz! Nigdy bym nie pomyślał, że lubisz muzykę... no oprócz tych płyt, ale to się nie liczy.
     - Za mało mnie znasz.
     - Bo nie dajesz mi się poznać.
     - Może ty chcesz zagrać?- zapytałem rozładowując atmosferę. Spojrzał się na mnie jak na idiotę.
     - Nie umiem.- prychnął. Podałem mu moją gitarę, a on niepewnie ją złapał. Usadziłem się po jego lewej stronie i ustawiłem instrument na jego kolanach.
     - Będziemy grać razem. Chyba jeszcze umiesz ruszać ręką?- zaśmiałem się, a on pokiwał głową. Jego loczki skakały wraz z nią i wyglądało to na prawdę słodko.- Ja zajmę się chwytami, ale możesz obserwować jak to robię. Może kiedyś sam się nauczysz.- wytłumaczyłem mu. Przeanalizował moje słowa i tylko wzruszył ramionami.
     - I tak nie będę grał jak ty.
     - Nikt nie będzie taki jak ja. Tak samo nikt nie będzie taki jak ty. I to jest w tym wszystkim najlepsze.

    Chyba wtedy się trochę przed nim otworzyłem. Już nic nas nie dzieliło, ta bliskość, ta delikatność, ta miłość. Tylko my, gitara, świece i czerń panująca za oknem. Teraz ta odległość, ta przestrzeń pogłębia się, nie możemy już nic zrobić. Zmieniamy się, odkrywamy swoje prawdziwe oblicza, ale nie możemy nauczyć się siebie nawzajem. Ale czy na pewno to, co poznaliśmy, było tym, które nas dzieliło? Było tym co fałszywe? Może własnie przed sobą pokazaliśmy nasze kruche serca?

     - Co ty taki spięty?- zaśmiał się krótko, ale szybko urwał.- Lou, kurwa. Co się dzieje?
     - Nic, po prostu potrzebuję czegoś relaksującego.- mruknąłem. Po chwili poczułem, że moje nogi odrywają się od ziemi, a ja wiszę do góry nogami.- Co ty odwalasz?!- krzyknąłem, a on niósł mnie w nieznanym mi kierunku. Uderzałem go w plecy, ale to nic nie dawało. Aparat zwisał mu swobodnie na ramieniu, a drugim trzymał mnie. Skąd on ma tyle siły?!
    W sumie teraz to nie było takie ważne, bo poczułem, że robię się strasznie mokry. Zanurzyłem się cały i jak najszybciej próbowałem się wynurzyć. W między czasie spadły mi okulary i wątpię w to, że je teraz znajdę.
   Harry zwijał się ze śmiechu i tylko pstrykał zdjęcia w między czasie. Podpłynąłem do brzegu i spojrzałem na niego.
     - Może teraz mi pomożesz wyjść, hm?- założyłem ręce na piersi i czekałem, aż się opanuje. Po chwili znów zawiesił aparat na ramię i podał mi dłoń. Chwyciłem ją mocno i pociągnąłem go za sobą. Pisnął głośno i wpadł do wody. Zacząłem się śmiać, a on po chwili wynurzył się zdziwiony.  Popatrzył się na mnie i nie wiedział co powiedzieć.
     - Głupku! Aparat się zmoczył!
     - Nie bój się, wodoodporny.- westchnąłem i wybuchnąłem głośnym śmiechem. Włosy opadały mu na oczy i chciał się odwrócić ode mnie, ale złapałem go za rękę.
     - Kazałeś mi się rozluźnić.- szepnąłem i spojrzałem mu w oczy. Uśmiechnął się i pocałował mnie w czoło. Podniósł aparat i zrobił mi zdjęcie. Złożyłem usta w dzióbek, tak jak to teraz jest popularne wśród nastolatek. Harry zachichotał i musnął mnie w policzek.

    Zacząłem jeszcze bardziej szlochać. Nie mogłem tak ustać w miejscu i zacząłem przechadzać się po krawędzi budynku. Myśl o samobójstwie była kojąca, jednak nie przykrywała wszystkich wspomnień z Harrym. Nic tego nie zakryje. Potrzebuję jego delikatnych dłoni, głębokiego głosu, ciepła i miłości. Potrzebuję tego, żebym znów poczuł się przy nim jak dziecko, bezpieczny, otoczony opieką.
     - Boże...- szepnąłem patrząc w niebo.- Wiem, że to nie tak jak ty chciałeś, że to nie po Bożemu, ale wiem, że dla Ciebie najważniejsze jest moje szczęście. Proszę, niech on wróci. Niech ze mną zostanie.- zacząłem łkać coraz głośniej.- Nigdy niech nie odchodzi za daleko, przytuli mocno, zrozumie uczynki, przebaczy każdy błąd, scałuje moje łzy pocieszy, ułoży do snu, zaśnie obok mnie, zaśpiewa... niech po prostu będzie. Boże... wiem, że do tej pory o Tobie zapominałem, ale proszę... daj mi go tutaj. Poprawię się.

     - Coś się stało?
     - Czy ciebie i Harry'ego coś łączy?- zapytała wlepiając we mnie swoje dziennikarskie ślepia.
   To nie wróży dobrze.
     - Jest przystojny, ale nie wiem czy to coś więcej.
     - Żartujesz? Przecież widać uczucie między wami... w jego oczach, w twoich...
     - W moich?
     - No tak. Niby to co robi, czasem cię irytuje, ale zarazem śmieszy, prawda?- pokiwałem głową na potwierdzenie jej słów. Mówiła jakby czytała mi w myślach.- Jesteś inny jak rozmawiasz ze mną, a potem patrzysz na niego i to jest jak grzmot - jesteś milszy. Nie wiem jak to wytłumaczyć. Po prostu się nie da.

    Kiedyś byłem całym jego światem, ale tak jak ludzie niszczą świat, tak ja zniszczyłem jego i jestem tylko wspomnieniem, przeszłością, kimś kogo prawdopodobnie nikogo więcej nie będzie chciał zobaczyć. Przypominam sobie to szczęście, gdy byliśmy razem, ten błysk w oczach, te spojrzenia zarezerwowane tylko dla siebie nawzajem. Żyliśmy we własnej bajce, we własnym królestwie, którego nikt nie mógł nam odebrać. Jednak nie czytałem nigdy baśni, która nie kończy się happy endem... jednak moja bajka powinna nadal trwać. A ja chcę wyrwać jej strony i zakończyć w takim momencie...

    - Nie jestem zdolny do kochania. On potrzebuje kogoś, kto pokocha go tak jak tego potrzebuje...
    - Kochaj go tak jak potrafisz Lou. Gdybyś z nim porozmawiał, powiedział to co mi, on by zrozumiał. Przecież nikt nie oczekuje od ciebie niemożliwego, nikt nie umie kochać od tak po prostu. Przy Harrym możesz się tego nauczyć.
    - Vivienne. To nie takie proste...
    - Lou to jest bardzo proste! Już większość masz za sobą.
    - Jak to?
    - Gdyby ci na nim nie zależało już dawno miałbyś go gdzieś, zamiast wydzwaniać do mnie po kilka razy dziennie i zachowywać się jak zakochana nastolatka, która nie wie co robić.

    Czemu zrozumiałem to dopiero teraz, gdy moje życie się już kończy? Czemu teraz odnalazłem sobie zdolność kochania? Czemu nie potrafiłem dopuścić do siebie myśli i zachowań, które wcześniej zauważali inni?

    Jego dłonie zjechały jeszcze niżej, gdy zdjął ze mnie już T-shirt. Był to jeden z moich ulubionych, ale chyba od dzisiejszego dnia polubię go jeszcze bardziej. Rozpiął mój pasek i przekręcił nas, tak, ze teraz ja byłem na dole. Podniosłem biodra, a on zsunął ze mnie spodnie wraz z bokserkami. Pocałował mnie delikatnie w usta i uśmiechnął się szeroko. Zaczął całować mnie wzdłuż linii "V" i zaznaczał językiem mokre ślady, aż w końcu znalazł się przy moim przyrodzeniu. Delikatnie ucałował jego główkę, a potem wsunął powoli do ust. Może nie był szybki, nie był w tym najlepszy, ale czułem się inaczej, niż gdyby ktokolwiek inny to robił. Czułem się spełniony, szczęśliwy, gdy usta Harry'ego były otoczone wokół mnie.

    Sex był inny, gdy go kochałem, niż gdy robiłem to z kimś dla zaspokojenia swoich potrzeb. Jak to powiedziała Viv - byłem palantem, idiotą, skurwielem i nie wiem kim jeszcze. Myślałem tylko o sobie, jakbym był pępkiem świata. Teraz muszę za to zapłacić. Za tyle skrzywdzonych osób, za każdego kto przeze mnie płakał, był smutny, czy załamany. Nawet w chwili śmierci przypominam sobie nasze pierwsze zbliżenie, na sobie mam nawet ten pamiętny T-shirt.

     - Um... rozumiem.- Rozumiem.... jednak ty nie. Bo ja cię kocham. Szczerze i na prawdę. A ty nadal grasz w tą swoją grę.
     - Niby za co możesz mnie kochać?
     - Nie ma powodów do miłości, LouLou. Ale mam wiele rzeczy, które kocham w tobie. Zaczynając od tego, że kocham twój głos, to jak się zmienia w zależności od tego co robisz i jak chcesz brzmieć. Zwłaszcza jak śpiewasz. Wtedy moje ciało przechodzą dreszcze i mógłbym cię słuchać i słuchać... a najsłodszą rzeczą na świecie było to jak fałszowałeś, to było takie słodkie... kocham też to, że jesteś zawsze taki porządny i ułożony, czasami może za bardzo, ale to na swój sposób wspaniałe, bo mnie takiego czegoś brakuje. Potrafisz zająć się tyloma sprawami na raz. Kocham to, że jesteś taki silny. Że dajesz sobie radę, wytrzymujesz to wszystko, tą gazetę, ten wywiad, te plotki, że jesteś taki odporny, chociaż i tobie czasem tego brakuje. Że jak się do mnie przytulasz, jesteś przy mnie to jesteś sobą, potrafisz płakać, potrafisz się załamać, potrafisz kochać. Jesteś wtedy czuły, romantyczny, pomocny. I tak słodko się śmiejesz... uwielbiam jak robią ci się zmarszczki wokół oczu. Kocham w tobie to, że dla mnie złamałeś swoje zasady, co pewnie było nie lada wyczynem i możliwe, że miałeś później wyrzuty sumienia, ale jednak to robiłeś... Kocham w tobie po prostu wszystko.

    Nigdy nie będzie kogoś takiego jak Harry. Nikt go nie zastąpi. Nawet w połowie. Był jak anioł, który się mną opiekował i sprowadzał na dobrą drogę. Wiem tylko, że przyzwyczaiłem się usypiać wtulony w niego, słuchać jego głosu, jego śmiechu, czuć słodkie usta na moich wargach, policzkach, szyi. Ja też kocham w nim wiele rzeczy. Jego cudowne, szmaragdowe oczy, pełne ciepła i miłości. Jego delikatność i poświęcenie, dla takiej niewinnej dziewczynki jak Teddy. Jego dołeczki, gdy szczerze się uśmiechał. Jego loczki, które drażniły moją skórę. Jego ramiona, którymi mnie obejmował. Wszystko od góry do dołu.

     - To jest Louis.
     - Harry go kocha, prawda?
     - Tak skarbie, to ten, którego Harry kocha.

    Teddy to najwspanialsze dziecko na świecie, urocza, kochana, nie dziwię się, że polubiła mojego Loczka - oboje są cudowni. Podobno dzieci nie kłamią... coś w tym jest, bo z jej oczu można było wyczytać zaciekawienie, ale też zaufanie. To tak jakby Hazz jej kiedyś o mnie opowiadał. Ba! Na pewno to zrobił, bo znała moje imię.

     - Kocham cię, Hazz, wiesz?
     - Ja ciebie też Gem.
     - Przy mnie zapomnisz o tym dupku Tomlinsonie i zrozumiesz, że nie był ciebie wart. Zamieszkasz u mnie, jeśli chcesz i znowu będzie jak dawniej, bardzo za tobą tęskniłam.
     - Ja za tobą też... Źle chyba zrobiłem zostawiając cię samą i wyjeżdżając...
     - Powiedz to głośno Styles!
     -... za takim idiotą.

    Nie powiem - zabolało. Po prostu... nie wiem, kim ona była i to doprowadzało mnie do szału. Kochał ją, mieszkał z nią kiedyś, tęskniła za nim? To było dziwne, może kiedyś ze sobą byli? Ale przecież... on nie lubi dziewczyn, no!

     - Louis?
     - Tak, Hazz?
     - Jak ci coś powiem to nie uciekniesz?
     - Nie ucieknę.
     - Trudno jest cię kochać.
     - Wiem, o tym.
     - Ale spróbuję.
      - Louis?
      - Tak, Harry?
      - Kochasz mnie?
      - Nie wiesz jak mocno, Harry.

    "Kocham cię" to taka cicha obietnica, że będzie się na zawsze, mimo wszystko, że będzie się wspierać, że nic nie przeszkodzi, temu co jest między tymi dwoma osobami. Jednak Harry dobrze zauważył - "kocham cię" nie zawsze jest równoznaczne z "na zawsze".
    Łzy spadały po moich policzkach, a ja nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Patrzyłem w dół i chęć skoku była tak kusząca, a zarazem tak przerażająca. Chciałem się poczuć wolny, przestać wadzić ludziom, skok byłby przeprosinami dla tych, których zraniłem. Odwróciłem się w stronę budynku i zamknąłem oczy, wziąłem głęboki oddech i ...
     - LOUIS STÓJ!- usłyszałem głos Harry'ego. Otworzyłem oczy i spojrzałem jak stoi przerażony w drzwiach prowadzących na dach.
     - Harry, nie podchodź, proszę.- szepnąłem ze łzami w oczach. Stanął jak wryty i nie ruszał się.
     - Louis, proszę nie rób tego, dobrze? Kocham cię, kocham, proszę zostań.- powiedział, jednak nadal stał w miejscu. Pokręciłem głową.- Proszę, bez ciebie nic nie będzie miało sensu. Chodź tu do mnie proszę, Lou...- mówił, a łzy spływały po moich policzkach. Odwróciłem się do niego bokiem i zacząłem iść, wzdłuż krawędzi.- Porozmawiamy, obiecuję ci to... dobrze? Poradzimy sobie, zaczniemy od nowa, razem, okej? RAZEM Lou, to znaczy ty i ja.- mówił spokojnie błądząc za mną wzrokiem.- Proszę Louis, do kurwy nędzy nie skacz, nie poradzę sobie bez ciebie.- nabrałem powietrza w płuca i przymknąłem oczy.
     - Też cię kocham Hazz. Damy sobie radę- odwróciłem się w jego stronę i chciałem do niego podejść, jednak moja noga ześlizgnęła się z krawędzi i po chwili nie czułem już nic, przed oczami miałem ciemność, a w uszach szum. Ostatnie co usłyszałem to wrzask Harry'ego.
     - LOUIS, KURWA NIE!- to był mój koniec? Została tylko nicość i ja?
***
notka od autorki: Nie wierzę, że to koniec, rozumiecie to? O S T A T N I . Przechodząc do rzeczy - został nam epilog, a pod epilogiem będzie niespodzianka dla was. Cóż, epilog chyba jest nawet ważniejszy niż ten 30 rozdział. Jeśli macie jakieś pytania to założyłam aska >>klik<< możecie się pytać mnie o to ff, jeśli czegoś nie zrozumieliście, bądź do każdego z naszych bohaterów (głównych, czy drugoplanowych). Oczywiście na pytania, co będzie dalej z Hazzą/Viv/rodziną Lou nie odpowiadam, MUSICIE PRZECZYTAĆ EPILOG! Tak jak obiecałam - epilog będzie w sylwestra, prawd. ok. 12 c: 
DZIĘKUJĘ KAŻDEMU ZA TO, ŻE ZE MNĄ TYLE WYTRWAŁ, ŻE PRZECZYTAŁ TO OPOWIADANIE, ŻE MU SIĘ SPODOBAŁO, ZA KAŻDY POZYTYWNY KOMENTARZ, ZA POMOC, ZA INSPIRACJE, ZA PROMOWANIE, ZA WSZYSTKO. GDYBY NIE WY TEGO FF TEŻ BY NIE BYŁO!!!! JESTEŚCIE N I E S A M O W I C I !!!!!! KOCHAM WAS WSZYSTKICH C:
W EPILOGU SIĘ BARDZIEJ ROZPISZĘ, WIĘC NIE ZAPOMINAJCIE O MNIE MISIE!


SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU! 


Wasza Lucy xx 

niedziela, 28 grudnia 2014

Rozdział 29

          Drogi pamiętniku!
               Cóż, dawno mnie tu nie było. Po prostu ostatni tydzień był dla mnie koszmarny. Ostatnie kilka tygodni, wręcz. Ostatni raz widziałem Harry'ego na początku sierpnia, a teraz mamy już 13 i nie wiem jak sobie radzę. Codziennie chodzę do pracy, ale do nikogo się nie odzywam, robię to co muszę. Moje ubrania zrobiły się na mnie dużo za duże i nawet nie pamiętam kiedy coś ostatni raz zjadłem. Prawdopodobnie jakoś 3 dni temu, gdy Liam tu wpadł z chińskim żarciem, żeby mnie pocieszyć. Poprosił mnie, żebym został świadkiem na jego ślubie. Zgodziłem się, ale... zachowasz to dla siebie pamiętniku? Pewnie, że tak, nie umiesz mówić i mam nadzieję, że nikt cię nie znajdzie.
            Dużo myślę o samobójstwie.
     To chore prawda?
               Mam niecałe 23 lata, powinienem cieszyć się życiem, korzystać z niego jak najlepiej, tak jak wcześniej. Ale wcześniej nie znałem Harry'ego. życie bez niego po prostu nie ma sensu. To tak jak tęcza bez jakiegoś koloru, czy róża bez kolców - nadal nazywalibyśmy je tak samo, nadal miałyby te same funkcje, jednak nie byłyby tym samym, czym były wcześniej.
       Nie tylko to przyczynia się na moje myśli. Po prostu nigdy nie czułem się tak oszukany i zraniony jak teraz jestem. Boję się, że po tym nie uśmielibyśmy sobie zaufać z Harrym, a co dopiero być ze sobą na prawdę.
           W dodatku nawet Vivienne po prostu mnie znienawidziła. Ona tak się starała, żeby było między nami dobrze, żebym się zmienił. A ja zachowałem się wobec tej dwójki jak totalny palant. Skrzywdziłem ich oboje. Wmawiałem sobie, że nie da się mnie kochać, że nikt mi tego nie pokazał, że nie umiem czuć. Jednak to było wielkie kłamstwo. Po prostu nie dopuściłem do siebie myśli, że tak na prawdę miłość jest w okół mnie - troszcząca się mama, bracia sprawiający uśmiech a mojej twarzy, Vivienne, która po prostu była obok i zawsze dobrze radziła, zachowywała się jak prawdziwa przyjaciółka lub jak siostra. I Harry. Mimo, iż na początku było jak było, to potem mnie pokochał. Bezinteresownie. Bezwarunkowo. Po prostu... tak jak Harry może kochać najmocniej. Przez jeden głupi błąd straciłem wszystko. Zaczynając od przyjaciół, przez autorytet, nawet wagę i na koniec jedyne co mogło mnie naprawić - miłość mojego życia.
                  Moja głowa to była istna pustka. Nie widziałem nic poza wspomnieniami przepełnionymi moim Loczkiem. Jego głos rozchodził się po mojej głowie, słowa, które zawsze sprawiały, że moje serce krwawiło.
                       "Ja cię kocham! Nie rozumiesz tego?! Ale nadal musisz grać w tą swoją pieprzoną grę!"
            Jeśli miałbym drugą szansę... oddałbym wszystko, żeby on teraz był obok, przytulił mnie, pocałował. Zrobiłbym wszystko, gdybym mógł tylko to cofnąć. Nie zostawiać go. Zostać przy nim już na zawsze. Jedyne co chciałem to być kochanym... czuć się bezpiecznie w otoczeniu osób, których serce było wypełnione miłością do mnie. Może nie kochałbym go tak jak na to zasłużył, ale zrobiłbym to najmocniej jak potrafię.
       Ale jest za późno.
                 Na wszystko...
    Więc, mój kochany pamiętniczku. Dziękuję, że byleś przy mnie przez ostatnie tygodnie.
 Żegnaj.
                    Louis Tomlinson.


     Zamknąłem pamiętnik i otarłem łzy wierzchem dłoni. Westchnąłem, przypominając sobie ostatnią kłótnię z Vivienne. 3 dni na mnie nawrzeszczała i uznała, że gdybym nie był jej szefem, to byłbym jej zbędny. Tak jak każdemu w moim otoczeniu. że nie powinienem więcej się pokazywać na oczy, bo tylko krzywdzę.
        To będzie jedyny sposób, żeby pozbyć się wyrzutów sumienia. Jestem tylko ciekawy, co powiedziałyby Harry, gdyby jutro w gazecie, powiedzieli, że mnie nie ma...
        Wyrwałem kartkę z zeszytu i zacząłem pisać.

     Ja, Louis William Tomlinson, urodzony 24 grudnia 1991 roku w Doncaster, zmarły (prawdopodobnie) 13 sierpnia 2014 w Nowym Yorku uroczyście oświadczam, że cała moja firma ma zostać przekazana pod władania Vivienne Melody, mojej sekretarki oraz siedziba w Londynie dla moich trzech młodszych braci - Maximiliana, Dann'ego oraz Jerry'ego Tomlinsonów. Mojej mamie pozostawiam wszystkie linie lotnicze, które zakupiłem pod moje nazwisko. Mojemu przyjacielowi, a zarazem miłości mego życia - Harry'emu Stylesowi pozostawiam całe moje serce, wszystkie nasze wspomnienia, każdy skrawek mego serca i wszystko co można przekazać. Oraz moje mieszkanie z całym wyposażeniem w środku, kod do mieszkania to dzień, w którym się poznaliśmy... ten tutaj w NYC.
      Chciałbym, aby każdy z was wspominał mnie dobrze, mimo wszystkich krzywd, problemów, kłótni i sporów. Za wszystko was przepraszam i wiem, że beze mnie będzie wam lepiej. Kocham was wszystkim. Jeśli Liam i Sophia mieliby dziecko, powiedzcie im (jeśli ich tu nie ma), żeby dali dziecku na imię po wujku Louisie (bądź na drugie, jak wolą). A Harry'emu, że do końca będzie moją pierwszą, jedyną i prawdziwą miłością, a ta dziewczyna z którą był w Londynie to największa szczęściarą na świecie. Życzę wam wszystkim wspaniałego życia.
Louis Tomlinson
13.08.14 r., Nowy York
g. 6 P.M

    Ze łzami w oczach, zwinąłem list w rulonik i schowałem go do kieszeni marynarki. Pociągając nosem, zgasiłem wszystko i pozostawiłem z cichym "dziękuję". Przeszedłem do kuchni i otworzyłem drzwi prowadzące na klatkę schodową, których używałem bardzo rzadko i wspiąłem się na dach. Wyciągnąłem mój potłuczony telefon z kieszeni i napisałem sms'a do Vivienne.
         "Przepraszam za wszystko, mam nadzieję, że beze mnie będzie wam lepiej"
***
notka od autorki: dam dam dam.... to się porobiło :o Doba, wybaczcie, ze krótki, ale nie chciałam wam zdradzać za dużo tutaj ^^ mam dla was konkursik - co wy na to, że napiszecie wasze wymarzone zakończenie rules? Oczywiście nie będzie to publikowane, ani nie wezmę go jako moje zakończenie, ale jestem ciekawa jak wy byście to zrobili. Pracę możecie wysyłać do sylwestra (we wtorek będzie 30 rozdział, w sylwestra epilog) na mail: stylinson.larry.02.22@gmail.com
PAMIĘTAJCIE O #RULESMEMORIES! KONIEC FF TO JESTEM CIEKAWA CO WSPOMINACIE NAJBARDZIEJ! 
Do wtorku :* 
Wasza Lucy xx 

sobota, 27 grudnia 2014

Rozdział 28

    Na ustach miałem wielki uśmiech, chociaż serce łomotało mi niespokojnie. Podróż samolotem przebiegła spokojnie, więc po kilku godzinach stałem już w wcześniej zarezerwowanym pokoju. Nie mogłem się doczekać, aż porozmawiam z Hazzą, mimo iż bałem spojrzeć się mu w oczy po tym wszystkim.
    Oglądałem działki w okolicach Nowego Yourku, bo zamierzałem się zmienić. Skończyć z byciem dziwką (na to co robiłem nie było innego określenia), nauczyć się kochać, kochać tak jak bardzo potrafię, odnaleźć siebie, odnaleźć swoje miejsce na ziemi. Chcę mieć swój domek, swoje miejsce, bez ludzi dookoła, kto wie, może kiedyś zamieszkać tam z moim Loczkiem? Wytłumaczę mu to, przeproszę i znajdziemy wspólne wyjście z tej sytuacji. Rozmarzyłem się i wpatrywałem w ekran z delikatnym uśmiechem na twarzy. W końcu natrafiłem na idealne miejsce - spora działka, na obrzeżach NYC, domek do rozbiórki na koszt sprzedawcy, spokojna okolica, jeżdżą autobusy, niedaleko znajduje się szkoła, basen, boisko, place zabaw, idealne miejsce dla dzieci. Poczułem ucisk na sercu, gdy wyobraziłem siebie w moim wymarzonym domku z gromadką berbeci, latających po podwórku i Harry'ego denerwującego się, że nie chcą się kąpać lub uciekają przed nim. To byłoby idealne...
    Kiedy ja zrobiłem się taki uczuciowy? Nigdy nie myślałem, żeby mieć dzieci, to było dla mnie absurdalne, a teraz moje zmiany podstępuję tylko w jednym kierunku - rodzinie.
    Natychmiastowo zadzwoniłem do mężczyzny, nie wahałem się ani chwili - po prostu to było strzałem w dziesiątkę. Jedna z moich pracownic miała tam jechać i zobaczyć, czy na prawdę jest tak jak w opisie i zapłacić. Po jakiejś godzinie byłem właścicielem tego miejsca, a w przeciągu miesiąca można zacząć budowę, a znając moich robotników, wprowadzę się tam jeszcze przed świętami. Oderwałem się od komputera i sięgnąłem po mój szkicownik, żeby zacząć rysować plany domku.
     - Będzie miał parter...- zamyśliłem się i zamknąłem oczy. Starałem się wyobrazić swoje przyszłe mieszkanie, żeby było idealne.- Tak, a jeden z rogów będzie sześciokątem.- mruknąłem.- Potem piętro, poddasze... będzie podwyższenie, jedno pomieszczenie, tam będzie biblioteka... będzie to wyglądało jak wieża...- rozmarzyłem się i zacząłem szkicować moje mało królestwo. Chciałem zatytułować ten domek, jednak nic nie przychodziło mi do głowy...- Poczekam na Loczka.- uśmiechnąłem się.
~*~
    Gdy wybiła godzina 2 po południu wyszedłem z mieszkania i skierowałem się w miejsce, gdzie powinien pracować Hazz. Niedługo miał skończyć sesję z Cher Lloyd, wtedy chciałem go złapać i pogadać. Wziąłem głęboki oddech, wciągając zapach Londynu. Jak ja dawno nie byłem w Anglii. Spojrzałem w górę, a pojedyncze kropelki spadły na moją twarz i przynosiły ukojenie. Stres spływał ze mnie, tak jak one z mojej twarzy. Nie chciałem stchórzyć. Ale nie chciałem być też szorstki, obarczyć go tym wszystkim i oczekiwać, że po prostu mi wybaczy. Chciałem... chciałem być jak ten deszcz. Czuły, delikatny, powolny, zmywający brud. Brud moich kłamstw. Przystanąłem niedaleko studia i obserwowałem wejście, żeby tylko spotkać się z Loczkiem.
    Wybiegł radosny, przeskakując co drugi stopień ze schodów, znajdujący się przed studiem. Uśmiechnąłem się szeroko na myśl, że jest szczęśliwy i nie zniszczyłem go tak bardzo. Jednak po chwili wybiegła za nim jakaś dziewczyna i rzuciła się mu na plecy. On zakręcił ją wokół siebie i postawił na ziemi, po czym mocno przytulił. Ona objęła go w pasie i skradła szybkiego buziaka w policzek. On pokręcił głową, złapał ją za rękę i poszli dalej. A ja stałem jak zamurowany, nie wiedząc co ze sobą zrobić. W końcu po jakimś czasie, ruszyłem niespostrzeżenie za nimi. Trudno było mi ich dogonić, tak, żeby się nie zorientowali, że ja to ja. Czarna beanie na głowie i spuszczony wzrok idealnie mi w tym pomogły. Większości rozmowy nie słyszałem, dopiero, gdy przystanęli kawałek drogi później, żeby się przytulić, mogłem spokojnie się oprzeć o przystanek autobusowy i podsłuchać ich rozmowę.
     - Kocham cię, Hazz, wiesz?- powiedziała dziewczyna o lekko fioletowych włosach.
     - Ja ciebie też Gem.- ucałował ją w nosek i przytulił mocniej.
     - Przy mnie zapomnisz o tym dupku Tomlinsonie i zrozumiesz, że nie był ciebie wart.- zachichotała, a on jej zawtórował.- Zamieszkasz u mnie, jeśli chcesz i znowu będzie jak dawniej, bardzo za tobą tęskniłam.
     - Ja za tobą też... Źle chyba zrobiłem zostawiając cię samą i wyjeżdżając...
     - Powiedz to głośno Styles!
     -... za takim idiotą.- mruknął ciszej. Zamknąłem oczy i schowałem twarz w dłoniach, głośno wzdychając.
     - JA PIERDOLE!- zawyłem i odwróciłem się na pięcie. Pobiegłem przed siebie ze łzami w oczach i usłyszałem tylko znajomy głos wołający moje imię, jednak nie zważałem na nic. Zauważyłem, że z drugiej strony jedzie autobus, przebiegłem przez jezdnie i czekałem, aż podjedzie, żebym mógł wsiąść i nie wracać więcej do tematu Harry'ego.

Harry's POV

    Po drugiej skończyła się sesja z Cher. Nie mogłem powiedzieć, że się nie cieszyłem, bo to było najlepsze co mogło mnie spotkać i byłem strasznie podekscytowany. Cher była świetną kobietą i można było z nią się pośmiać, nawet moja młodsza siostra przyjechała tutaj, żeby się ze mną spotkać.
     - Czekaj na mnie Hazz!- pisnęła wybiegając za mną z budynku. Starałem się przed nią uciec, bo zadawała strasznie dużo pytań, jednak ona wskoczyła mi na plecy. Zacząłem się kręcić, żeby ją strzepnąć z siebie, jednak ona mocno się trzymała.- Zejdę, jak mi opowiesz!
     - Okej, OKEJ! krzyknąłem śmiejąc się, a ona stanęła na chodniku i odwróciła się w moją stronę. Przytuliłem ją mocno, a ona zawinęła ręce na moich biodrach i położyła głowę na klatce piersiowej. Zachichotałem, a ona pocałowała mnie w policzek, po czym złapała za rękę i pociągnęła ... sam nie wiem gdzie, bo miało to być podobno "niespodzianka". Szliśmy kawałek i opowiedziałem jej jak to było z Lou. Źle się czułem z tym, że go tak wykorzystałem. Po jakimś czasie się odezwała:
     - Kocham cię, Hazz, wiesz?
     - Ja ciebie też Gem.- ucałował ją w nosek i przytulił mocniej.
     - Przy mnie zapomnisz o tym dupku Tomlinsonie i zrozumiesz, że nie był ciebie wart.- zachichotała Zamieszkasz u mnie jeśli chcesz i znowu będzie jak dawniej, bardzo za tobą tęskniłam.- stwierdziła, a mnie się przypomniały czasy, gdy "mieszkaliśmy" razem w naszym domku na drzewie lub w pokoju któregoś z nas, byliśmy nierozłączni.
     - Ja za tobą też... Źle chyba zrobiłem zostawiając cię samą i wyjeżdżając...
     - Powiedz to głośno Styles!
     -... za takim idiotą.- dodałem. Westchnąłem i przytuliłem ją mocniej, gdy po chwili usłyszałem znajomy głos.
     - JA PIERDOLE!- Louis krzyknął i się odwrócił uciekając. Przez chwile stałem zamurowany, aż w końcu odwróciłem się i spojrzałem, że chłopak już ucieka. Zakląłem pod nosem i pobiegłem za nim.
     - LOUIS! LOUIS STÓJ!- krzyczałem, jednak on przebiegł przez ulice. Wstrzymałem oddech, jednak nic mu się nie stało, tylko wskoczył do autobusu i odjechał.
    No cóż.... nie powiem - wspaniały dzień.
***
notka od autorki: Rozdział krótki, ale treściwy c: jeszcze 2 rozdziały ._. ogarniacie to? Bardzo proszę, żeby każdy kto to przeczyta zostawił choć jeden, krótki komentarz. Może zwerbujecie nowych czytelników przed końcem? c: + szukam kogoś, kto zrobiłby dla mnie szablon dla mojego kolejnego ff, które bd pisała po zakończeniu "Rules"! I pamietajcie o #RulesMemories 
Wasza Lucy xx 

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Rozdział 27

     - Jego, czy nie?- powtórzyłem głośniej, a rolnik nie chciał odpowiedzieć.
     - Nie do końca...
     - To niech mi pan to wytłumaczy.- warknąłem przez łzy. Mężczyzna obserwował mnie dłuższą chwilę, aż w końcu nabrał powietrza i uniósł ręce w geście obronnym.
     - Rosmery nie bardzo by chciała, żebym o tym mówił, ale jednak sądzę, że tobie to pomoże. I proszę - nie mów Haroldowi, że znasz tą historię.- powiedział smutno. Przytaknąłem ze zmarszczonymi brwiami, zauważając, że ten zgred ma tendencje do używania pełnych, staroświeckich imion wobec niektórych osób. Było to dość dziwne, jednak nie wtrącałem się w jego sposób myślenia (nawet jeśli pełne imię Harry'go to nie Harold).- Teddy ma ponad 3 latka. Urodziny ma w maju i choruje na zespół downa.- zaczął, a ja otworzyłem szeroko usta. Tego się nie spodziewałem.- Rosmery ma lat 18, wróciła do szkoły średniej i chce ją ukończyć z wyróżnieniem. Harry jest dla nich jak brat lub dobry wujek, dla mnie jak wnuczek. Ogólnie było tak, że Rose 4 lata temu pod koniec sierpnia, wybrała się na ognisko z okazji zakończenia wakacji. Nie zagłębiając się w szczegóły, powiem, że ktoś dosypał jej czegoś do napoju. Wróciła na drugi dzień cała we krwi, roztrzęsiona, w poszarpanych ubraniach. Zamknęła się w sobie i dużo czasu spędzała w internecie. Wtedy jeszcze mieszkała ze swoimi rodzicami w Nowym Yorku, więc praktycznie nie wychodziła z domu, żeby nikt jej nie rozpoznał. Tam poznała Harry'ego, 16-letniego chłopaka, który ukrywał swoją orientację i starał się zaimponować kolegom. Jemu jako jedynemu zaufała, opowiedziała wszystko jak to się stało i dopiero on namówił ją, żeby poszła do lekarza. W październiku dowiedziała się, że jest w ciąży. Przeszła kolejne załamanie, ciągle płakała, przestała chodzić do szkoły i jedyne co robiła to pisała z Harrym. Byli najlepszymi przyjaciółmi, nigdy nie łączyła ich jakaś miłość, w każde święta, urodziny nawet w walentynki przysyłali sobie prezenty. Na urodziny Teddy, Hazz kupił dla Rose pluszowego misia, który jest teraz ulubioną zabawką mojej prawnusi, co jest najśmieszniejsze, Rose w tym samym czasie wysłała mu takiego samego pluszaka. I stąd się wzięło imię dla Teddy.
     - Tak, tak. To wzruszająca historia, Harry nie jest ojcem tego dziecka, ale co ma to wspólnego ze mną?- zapytałem zniecierpliwiony,ocierając zaschnięte łzy z policzków.
     - W grudniu 2011 roku mój syn wraz z żoną mieli wypadek. Niestety zmarli na miejscu. Dziewczynki bardzo go przeżyły. Nawet, gdy przeprowadziły się tutaj, Rose wszędzie widziała swoich rodziców. Martha, moja synowa, była jedynym oparciem dla tak zagubionej dziewczynki, jaką była Rosmery. Znowu zamknęła się w sobie i pisała tylko z Harrym. Po kilku miesiącach przyjechał tutaj dla niej, żeby nam pomóc. Jego zamieszkanie sprawiło, że Rosie zaczęła się uśmiechać, starała się pogodniejsza, bardziej optymistyczna. Jemu to też pomogło, powoli zapominał o tobie, jednak w nocy się budził ze łzami w oczach i chciał cię zobaczyć po raz ostatni.
     - No i spotkał.- szepnąłem i przyciągnąłem kolana do swojej klatki piersiowej i ukryłem głowę za nimi.
     - Dokładnie. I dalszą część historii znasz, jak się w sobie wzajemnie zakochaliście i teraz obaj umieracie z tęsknoty.- westchnął, a ja bardziej wtuliłem się w moje nogi. W tamtym momencie, jedyne czego chciałem to porozmawiać z moim Loczkiem. Nagle usłyszałem stukot butów i tupot małych stópek. Do pokoju wpadła mała dziewczynka z szerokim uśmiechem, okrąglutką twarzą, w okularach i dwóch kucyczkach przewiązanych wstążeczką. Podbiegła do starszego mężczyzna i mocno go przytuliła.
     - DZIADZIA!- pisnęła i wdrapała mu się na kolana. Odwróciła się do niego plecami, przywierając do jego klatki piersiowej i uważnie mnie obserwując.- To to?*- spytała przymrużając oczy.
     - To jest Louis.
     - Arry kocha go, prada?**
     - Tak skarbie, to ten, którego Harry kocha.- dziewczynka zeszła z kolan mężczyzny i wróciła na korytarz. Usłyszałem rzucanie przedmiotami i damski krzyk, wołający imię dziewczynki, jednak ta nie zwróciła na nic uwagi i wróciła do mnie z bukietem maków w rączce. Stanęła przede mną i wystawiła bukiet przed siebie. Nie mogłem się nie uśmiechnąć, więc otarłem resztki łez i wziąłem czerwone kwiaty od niej, po czym pocałowałem jej malutką dłoń. Zachichotała i zarzuciła mi ręce na szyję. Podniosłem ją i usadziłem na swoich kolanach. Nigdy w życiu nie czułem ... nie mogłem nawet określić tego uczucia, bo było to coś więcej niż szczęście, radość i inne podobne emocje. Spełnienie, poczucie delikatności i chęć zapewnienia komuś bezpieczeństwa. To chyba było odpowiednie. Mała dziewczynka bawiła się moją koszulką i naśladowała dźwięki samolotu, gdy do pokoju weszła drobna szatynka, o piwnych oczach i wymalowanym szoku na twarzy. Do ucha przystawiała telefon, a gdy mnie spostrzegła urwała w połowie zdania. Usta miała otwarte, a oczy przymrużone.
     - Harry, oddzwonię później.- powiedziała i położyła telefon na małym stoliczku. Podeszła do mnie bliżej i niepewnie wystawiła rękę w moją stronę.- Jestem Rose Dowson... a ty to... - przerwała i zacisnęła usta w wąską linie.
     - Louis.- odpowiedziałem i złapałem jej dłoń, również delikatnie całując. Dziewczyna zarumieniła się, a Teddy ponownie zachichotała.- Jak się czuje Harry?- spytałem łamiącym się głosem.
     - Oh...- zdziwiła się, po czym odsunęła o krok ode mnie.- D-dobrze. Tak sądzę.- szepnęła i spojrzała na swojego dziadka.
     - Gdzie on jest?- zapytałem z nadzieją w głosie. Długo mi nie odpowiadali, a ja zająłem się udawaniem konika i poruszaniem moimi kolanami, żeby zająć 3-letnią dziewczynkę. Teddy śmiała się wniebogłosy i powtarzała ciągle "escie, escie"***.
     - W Londynie. Hotel Park Plaza Westminister Bridge. Resztę powiedzą ci na recepcji.- usłyszałem głos Rose i przerwałem moje czynności. Teddy palnęła mnie delikatnie w policzek, żebym znowu zwrócił na nią uwagę. Natychmiast się uśmiechnąłem i podniosłem wraz z nią. Złapałem ją mocno i zacząłem się obracać wokół własnej osi, niezbyt szybo oczywiście i udawałem samolot. Dziewczynka zaczęła radośnie piszczeć. Po chwili posadziłem ja na sofie i kucnąłem przed nią z radością wymalowaną na twarzy.
     - Teraz muszę lecieć, żeby spotkać się z Harrym, dobrze?- pokiwała głową na znak zrozumienia.- Jak zobaczymy się następnym razem to obiecuję, że się z tobą pobawię. Słowo harcerza.- położyłem prawą dłoń na sercu, a dziewczynka uśmiechnęła się jeszcze szerzej, o ile było to możliwe. Delikatnie trąciłem jej nosek, a ona dostawiła swoje malutkie usteczka do mojego policzka. Podniosłem się i odwróciłem się do rolnika.- Dziękuję za rozmowę.- Powiedziałem i nim się obejrzałem, biegłem na oślep w kierunku budowy, żeby znaleźć w moim samochodzie. Wyjąłem telefon z kieszeni i wybrałem numer do jednego z pracowników lotniska.
     - Potrzebuję mojego samolotu na dziś wieczorem. Kierunek Londyn. Zarezerwuj miejsce gdzieś w Hotel Park Plaza.- powiedziałem i nie mogłem powstrzymać łomotania mojego serca.
                To musi być dobry znak.
***
notka od autorki: znowu krótki rozdział, oł gasz ._. ale powinnam dodać jeszcze 28 i 29 niedługo, 30 albo w niedzielę albo w poniedziałek, a epilog rano w sylwestra. Mam nadzieję, że w święta uda wam się nadrobić. Mam nadzieję, że na tt pamiętacie o #rulesmemories  możecie też polecić to ff znajomym LS, np. poprzez hasztag #wspomnieniaz2014 C: 
Wasza Lucy xx
*chodzi o "kto to", ale ona sepleni C:
**"Harry go kocha, prawda?"
***"jeszcze"

sobota, 20 grudnia 2014

Rozdział 26

WAŻNA NOTKA NA KOŃCU! 

    Minął tydzień od tej wystawy Harry'ego. Nie mogłem wytrzymać klimatu Nowego Yorku, zachowania Vivienne wobec mnie oraz świadomości, że Loczka tu nie ma, więc również wyjechałem. Od rana do wieczora siedziałem na budowie kolejny dzień z rzędu i pilnowałem jednej z najlepszych inwestycji tego roku. Obecnie opierałam się o płot z papierosem w ręce (tak, tak... nigdy nie lubiłem tego świństwa, a teraz paczka fajek to moja przyjaciółka), na głowie miałem żółty kask, na oczach okulary przeciwsłoneczne, a na garniturze pomarańczową kamizelkę odblaskową. Rozglądałem się po ogromnym placu i obserwowałem pacę robotników, gdy nagle poczułem czyjąś dłoń na ramieniu. Obróciłem się i ujrzałem starszego mężczyznę w czerwonej koszuli z krótkim rękawem i szelkach. Na głowie miał kapelusz i uśmiechał się szeroko, ale również z zaciekawieniem lustrował mnie wzrokiem.
     - Przykro mi, nie może pan tutaj przebywać.- prychnąłem i uniknąłem mężczyzny.
     - Pan Louis Tomlinson?- zapytał serdecznym tonem. Nie zwróciłem na niego zbytniej uwagi i wróciłem do swoich zajęć.- Zna pan Harry'ego, prawda?- zapytał, a ja zamarłem w pół kroku. Przełknąłem ślinę i spojrzałem na niego. Nadal się uśmiechał ciepło i zachęcał, żeby mu zaufać.
     - Co jest z Harrym?- zapytałem łamiącym się głosem. Nie widziałem nic w gazetach, żadnej wzmianki, nic. Bałem się, że mogłoby coś być nie tak.
     - Chodź ze mną.- odwrócił się i ruszył. Chwilę stałem zdezorientowany i nie wiedziałem co robić. Westchnąłem i odłożyłem wszystko na ławkę i pobiegłem za mężczyzną, który mimo swojego wieku (a wyglądał na jakieś 60) chodził bardzo szybko. Kiedy się z nim zrównałem, usłyszałem, że pogwizduje wesoło. Kierował się w stronę jakiegoś stogu siana. Zatrzymał się przed nim, podniósł i przerzucił przez ramię. Ruszył dalej, nadal gwiżdżąc, a ja szedłem krok w krok za nim. Nagle się zatrzymał i obrócił się, spoglądając na mnie.
     - Na co czekasz chłopie? Taki dobrze zbudowany, silny mężczyzna i siana nie weźmie?!- zawołał radośnie i ruszył dalej. Jęknąłem ociężale. Zdjąłem marynarkę i zaplotłem ją wokół bioder i ostrożnie zrobiłem to, o co prosił mnie mężczyzna.
    Szliśmy dobrą godzinę, przedzierając się przez ogromne pole. Były tu wydeptane ścieżki, jednak nie chciałem po nich chodzić, bo niedawno padało, a ja miałem nowe buty. W dodatku siano na moim ramieniu było straszliwie ciężkie, a ten zgred nie miał ze sobą nawet butelki wody. Wkurwiał mnie niemiłosiernie, swoim pogwizdywaniem, aż miałem ochotę to rzucić i wrócić na budowę. Jednak nie miałem zielonego pojęcia gdzie jestem, komórka straciła zasięg, a on pewnie by mi nie pomógł. Jak tylko skręciliśmy między jakimiś roślinkami (bodajże była to kukurydza) to myślałem, że zacznę skakać z radości. Zobaczyłem mały domek... stajnię, oborę, szopę i inne drewniane budynki dla zwierząt. Wzdrygnąłem się, gdy poczułem zapach charakterystyczny dla wsi. Starszy pan (którego od jakiś 15 minut zacząłem nazywać w myślach Zgredem) rzucił stóg gdzieś obok domu i ruszył do drzwi. Zrobiłem to samo i podbiegłem w jego stronę.
     - Powinienem mieć jakieś ubrania Harry'ego, jeśli chcesz się przebrać...- spojrzał się na mnie.- A chyba chcesz.
    Spuściłem wzrok. No cóż, nie wyglądałem jak światowej sławy biznesmen. Byłem spocony, trochę brudny i cały w słomie. Pokiwałem głową, choć w podświadomości ciągle zastanowiłem się, skąd on ma ubrania Hazzy.
     - Ma pan tu zasięg?- zapytałem odbierając od niego jakieś spodenki i białą bokserkę.
     - Mhm, powinien być.- uśmiechnął się i zaprowadził mnie do łazienki.
~*~
    Oddychałem powoli, skupiając cały wzrok na mężczyźnie przede mną. Podał mi grzane piwo, choć wcale nie miałem na nie ochoty, wolałbym zwykłą wodę, jednak nie chciałem go denerwować i jedyne na czym mi zależało, to żeby dowiedzieć się co z Harrym.
      - Jak się czuje?
      - Bardzo dobrze! W przyszłym tygodniu jego zdjęcia będą na każdym wielkim bilbordzie w Wielkiej Brytanii i USA.- uśmiechnął się ciepło i upił łyk ze swojego kufla.- To ulubiony napój Harolda, jak do mnie przyjeżdża.- zacmokał i spojrzał się na mnie.- Ale nie o tym chciałem rozmawiać. Chcę ci coś po prostu wytłumaczyć, coś czego możesz się domyślać, więc uważnie mnie słuchaj chłopcze i potem będziesz mógł zadawać pytania. Rozumiesz?- pokiwałem głową i zacisnąłem dłonie na kolanach.
     - Harry w wieku 18 lat przyjechał tutaj, ponieważ jak ci pewnie wspominał, chciał się uwolnić od chłopaka, którego kochał...
     - I tym chłopakiem byłem ja.- przerwałem mu. Zmarszczył brwi, przytaknął i kontynuował:
     - Jak tylko cię poznał, został zauroczony i polubił robienie zdjęć właśnie tobie. Od małego to było jego pasją, jednak, gdy spotkał pewnego chłopaka o karmelowych włosach i niebieskich oczach, to jakby odnalazł swoją muzę. Jego słowa, nie moje. Jednak na początku była to tylko miłość platoniczna, zwykłe zauroczenie, coś w tym stylu. Więc, gdy tylko stał się pełnoletni chciał wyjechać, jak to ujął, chciał znaleźć siebie... no może to jeden z powodów, dlaczego przyjechał akurat tutaj. Zamieszkał u mnie i pomagał mi w zamian za nocleg i pożywienie, traktowałem go jak własnego wnuka, w sumie od mojej kochanej wnusi jest starszy tylko dwa lata, ale teraz to nie ważne. Po jakimś czasie wyprowadził się do miasta, ale nadal przyjeżdżał tu codziennie chociaż na chwilę, żeby coś pomóc lub po prostu posiedzieć. Rok temu, też mniej więcej w wakacje zaczęło się robić o tobie coraz głośniej, a że mieszkałeś w tym samym mieście co on, to Harry równie szybko się dowiedział.
    Pamiętałem dokładnie ten czas, moja siedziba się rozrastała, w ciągu krótkiego czasu zostałem jednym z najbogatszych mężczyzn poniżej 25 roku życia, moje nazwisko było wypowiadane na całym świecie. Od 2013 do chwili obecnej moja firma wybudowała budynki znane ze swojej jakości i szybkości, zainwestowałem w parę wielkich inwestycji dotyczących lotnictwa, a także gospodarki. Miałem nadzieję, że w ciągu najbliższych lat jeszcze bardziej się rozwinie. W między czasie pootwierałem parę innych zakładów, takich jak "Styles photography" czy różnego rodzaje spa i sklepy.
     - Bardzo to przeżywał, bał się, że cię spotka, że go rozpoznasz, że jego uczucia wrócą. Powtarzałem mu, że to niemożliwe, no bo kurczę! Tam mieszka prawie 20 milionów ludzi, więc to mało prawdopodobne, żeby cię spotkał. Nakłoniłem go, żeby zajął się konkursem, bo wcześniej niestety nie dostał się. Nawet rzucił studia, żeby zająć się fotografią. Jednak w między czasie, dokładnie w jego 20 urodziny przez przypadek cię spotkał. Nie wychodził później z pokoju przez jakiś tydzień i tylko płakał. Nie mógł uwierzyć w to, że tak się zmieniłeś, że jesteś taki oschły i to we mnie poruszyło chęć delikatnej zemsty. Wiem, że nie powinienem się wtrącać, ale uznałem, że Hazz może wykorzystać cię do swojej wystawy. Na początku miał być to tylko wzór osoby, która na przestrzeni lat się zmieniła, jednak jak zacząłeś dzwonić do mnie i próbować mnie nakłonić do sprzedaży pola na budowę osiedla to poprosiłem Harry'ego o pomoc. Chciał cię rozkochać w sobie i nakłonić do zmiany decyzji, a także pomocy w wystawie. Zmienił pracę, a dokładniej przeniósł się do innej piekarni, bo tak jak wcześniej zauważył, twoja gosposia, czy inni pracownicy właśnie tam kupowali pieczywo. Czekał, aż wreszcie ty pojawisz się w progach tej skromnej piekarni. Dobrze mu wychodziło udawanie niewinnego i uroczego chłopaka, gdy tak na prawdę, śmiał się z twojej naiwności i krytykował twoje zachowanie. Wszystko szło dobrze, a nawet lepiej. Harry trochę źle się czuł z tym, że wykorzystuje twoje pieniądze, ale uznał, że masz ich za dużo i nie potrzebujesz ich, aż tyle. Jednak w między czasie się zakochał w tobie. Nie wiedział, czy może ci zaufać, pokazać samego siebie i żałował, że tak wobec ciebie wcześniej postępował. I cóż, potem po prostu się rozstaliście... może nie tak po prostu, bo do tej pory przeżywacie, ale nie umiecie się po prostu dogadać. Uznałem, że powinieneś znać prawdę.
    Moje serce pękło na tysiące części. Harry nie zakochał się we mnie. On chciał wykorzystać mnie do zdobycia nagrody. Chciał, żebym nie kupił tej ziemi. Chciał... nic nie chciał tak na prawdę. Nie chciał mnie. Chciał moich pieniędzy. Wykorzystał mnie, bardziej niż ja jego.
    Łzy zaczęły spływać po moich policzkach i nie wiedziałem, co mam ze sobą robić. Trzęsłem się bardziej niż kiedykolwiek w życiu. Nie mogłem się opanować i tylko szlochałem głośno w poduszkę, która leżała na łóżku. Starszy mężczyzna nic nie powiedział, tylko czekał, aż moja reakcja minie. A ja nie mogłem już nic zrobić. Czułem jego zapach, czułem jego głos, czułem jego delikatny oddech na mojej szyi, jego miękkie usta na moich i jego loczki na mojej skórze. Czułem silne ramiona, ciepłe dłonie i czułem miłość, której nigdy nie było. A może i była, ale była nieprawdziwa.
     - Masz chłopcze jakieś pytania?- po jakimś czasie usłyszałem delikatny głos tego rolnika. Podniosłem głowę i spojrzałem mu prosto w oczy.
     - Czy Teddy to córka Harry'ego?
***
notka od autorki: cóż, żeby wyrobić się do sylwestra będę do Wigilii dodawała codziennie rozdziały, a wy możecie je nadrobić przez święta, czy coś. Jutro powinien być 27, w poniedziałek 28, we wtorek 29, a 30 dopiero w niedzielę, więc będziecie mieli troszkę czasu :) Rozdziały może nie będą jakieś mega długie, czy coś, ale będą emocjonalne. Ah i miało być tak, że wszystko będzie w 26 rozdziale, ale podzieliłam go na 2 części(rozdziały) i Teddy i Rose poznacie dopiero w następnym ^^. Więc, jakbym później zapomniała, czy coś WESOŁYCH ŚWIĄT! <przezorny zawsze ubezpieczony hehehe> i pamiętajcie o #RulesMemories, bo to dla mnie ważne!
Wasza Lucy xx

wtorek, 16 grudnia 2014

Rozdział 25

Zdjęcia są podlinkowane! Zaznaczyłam je gwiazdką i są one tylko do pomocy, żeby mniej więcej skojarzyć jak o wygląda, bo Harry oczywiście obił o wiele lepsze zdjęcia :P a czerwona czcionka, żeby wam się wrzuciło w oczy XD

~Louis' POV~


    Wiązałem krawat po raz setny i myślałem, że chyba coś potłukę, jeśli znowu zrobię to źle. Niestety, nie wyszło mi. Jęknąłem głośno i rzuciłem materiał na podłogę. Oparłem się o szafkę za mną i złapałem się za skronie.
    Zacząłem liczyć do 10, żeby się uspokoić Dzięki Bogu, do pomocy przyszła mama, która pogładziła mnie po włosach i stanęła przede mną z delikatnym uśmiechem na twarzy.
     - Mamoooo...- jęknąłem. Kobieta schyliła się, podnosząc krawat z ziemi i stanęła naprzeciwko mnie. Zaczęła przekładać palce wraz z materiałem i po chwili wyglądałam idealnie.- Dlatego noszę muszki, albo nic.- skróciłem i wyszedłem z pokoju, kierując się na dół. Chłopaki grali w fifę i wykłócali się o joysticki. Podszedłem do niech od tyłu i zmierzwiłem włosy. Dan i Jerry pisnęli oburzeni, bo jak zawsze musieli mieć ułożone idealnie włosy (jak ja), a Max tylko zachichotał, bo jego fryzura była definicją abstrakcji.
     - Dobrze się baw.- prychnął młodszy z bliźniaków i wrócił do gry.
     - Jak będzie coś dobrego to zwiń do kieszeni.- zawołał za mną starszy, a ja pokręciłem głową i założyłem marynarkę. Kierunek - Central Park.
~*~
    Zająłem miejsce gdzieś w tylnym rzędzie, przede mną rozpościerała się wielka scena, na której była mównica, ekran do prezentacji i miejsce na ogólny wizerunek projektu. Harry dużo mi o tym mówił, miały wystąpić dwie najlepsze osoby. Byłem na prawdę dumny z niego, że dostał się, aż tak wysoko. Nagrodą były pieniądze oraz kontrakt z magazynem "People", co było wielkim wyróżnieniem dla tak młodego fotografa, opowiadał też, że będzie tutaj dużo menadżerów sławnych osób i liczyłem na to, że ktoś się nim zainteresuje, bo był na prawdę świetny w tym co robił. Mimo młodego wieku, na pewno jest lepszy niż większość osób w jego zawodzie w całym NYC. Poprawiłem się na krześle i obejrzałem po rzędach rozstawionych w parku, większość była z nich zajęta i obok mnie pozostało jedno wolne miejsce, a przede mną dwa. Błagam, żeby nikt śmierdzący nie usiadł tak blisko...
    Nie rozumiałem sensu robienia wystawy na zewnątrz, bo to nie to samo, gdy w sali jest ciemno, światła są skierowane na tą jedną osobę, nie ma dzieci biegających w okolicy, a ni toi toi, tylko zwykłe, czyste łazienki. Westchnąłem i poczułem, że ktoś dotyka mojego ramienia. Odwróciłem się i spojrzałem na szczupłego, trochę wystraszonego mężczyznę mniej więcej w moim wieku. Oczy miał przekrwione, trząsł się i nie chciał zbyt na mnie patrzeć. Miał kruczoczarne włosy, oliwkową skórę, długie rzęsy i ciemne tęczówki. Spojrzałem na jego plakietkę i koszyk, który trzymał w ręce.
     - Więc... Zayn, prawda?- pokiwał głową niepewnie.- Co chcesz ode mnie?
     - Proszę... to folder dzisiejszej wystawy...- szepnął i wyciągnął broszurkę. Wziąłem ją od niego i uśmiechnąłem się delikatnie. Spuścił wzrok i ruszył dalej, nawet się nie obracając. Otworzyłem plan wystawy i zacząłem go oglądać. Pierwsze 2 strony to przykłady zdjęć obu fotografów oraz ich tematy. Jednym z nich był Harry, drugim jakiś Niall Horan z "Cuda i cudeńka w naszym życiu", a prezentowała go fotografia małej, słodkiej dziewczynki. Może temat sam w sobie był ciekawy, ale to zależy jak go zaprezentuje. Mowa Harry'ego... była niesamowita, z tego co pamiętam, gdy mi ją opowiadał. Przeglądałem folder dalej. Najpierw miał mówić rywal Loczka, później krótka przerwa, Harry ze swoim tematem, a potem poczęstunek na pobliskiej sali dla zaproszonych gości. No cóż, może przynajmniej tam coś zjem. Nagle na krzesło obok mnie ktoś usiadł. Kobieta w pięknej fioletowej sukni do kolan, czarnych szpilkach i długich paznokciach w tym samym kolorze. Usta miała umalowane czerwoną szminką, ściśnięte w wąską linie, a brązowe włosy z blond końcówkami opadały falami na jej ramiona.
    Vivienne.
~*~
   Rywal Hazzy był bardzo dobry, jego fotografie były urocze, ale i poruszające. Mówił o wspaniałości tego świata, o naszych bliskich, o osobach, na których nam zależy, bo są one cudem w naszym życiu. Kilka kobiet zaczęło płakać i gdy skończył, wstały i biły brawo tak długi i tak głośno, aż spiker nie ogłosił przerwy. Teraz wszyscy już siedzieli z powrotem na swoich miejscach i czekaliśmy, aż chłopak stanie przy mównicy. Zaczął wspinać się po schodkach z kieliszkiem szampana w ręce i wielkim uśmiechem na twarzy. Ochrona wprowadziła jego projekt, który stanął w rogu sceny. Obejrzał się po wszystkich i upił łyk ze swojego kieliszka. Cmoknął głośno w mikrofon i widownia się roześmiała.
     - Czasami słowo kocham nie jest równoznaczne ze słowem na zawsze.- wyraz jego twarzy zrobił się poważny, a uśmiechy z twarzy pozostałych osób zniknęły, a zamiast nich pojawiły się zaciekawione i rozczarowane spojrzenia.- Czasami ludzie, których znamy nie są tymi, za których ich mieliśmy. Tajemnica Nowego York'u. Niby takie skomplikowane, a jednak takie proste. Tajemnicę skrywa każdy z nas i przez to dzieję się to co się dzieje. Udajemy osoby, którymi nie jesteśmy, robimy coś, czego nie chcemy, boimy się stracić akceptację... autorytetu... może popularności?- uniósł brwi do góry. Ludzie zaczęli oglądać się po sobie, a moje serce ścisnął żal, gdy na ekranie pojawiła się pierwsza fotografia*. Przedstawiała ona tłum ludzi przedstawiony z lotu ptaka. Na środku siedziała kobieta, która mimo iż była z innymi to była samotna- Życie zaskakuje nas w najmniej oczekiwanych momentach, wtedy, gdy tracimy wszystkie przeszkody i po prostu ufamy. Jednak, potem okazuje się, że jesteśmy po prostu krzywdzeni. Dlatego wszystko chowamy w sobie i stajemy się zamkniętą skrzynią, kufrem, do którego nikt nie ma dostępu. Może wam to sprostuję, pokazując na konkretnym przykładzie. Jako obiekt mojego przekazu, wybrałem sobie Louisa Williama Tomlinsona.- Na ekranie pojawiło się moje zdjęcie*, a ja ze zdumienia otworzyłem szerzej usta. Vivienne prychnęła i założyła nogę na nogę. To było tak dawno... skąd on jeszcze miał takie zdjęcia? Czerwona koszulka, jasne spodnie i te okulary... wyglądałem w nich ohydnie, dlatego cieszę się, że teraz mam soczewki.- Milioner, jak i nie miliarder, znany na całym świecie, cholernie przystojny, możliwe, że obecny na sali.- Teraz ukazało się nowsze zdjęcie*, dokładnie z sesji do tego wywiadu.- Wybaczcie, że pierwsze zdjęcia nie są zbyt profesjonalne, miałem 16 lat i nie sądziłem, że stanę tu gdzie obecnie jestem. To wszystko właśnie dzięki Louisowi. Jego Zdrowie!- Harry uniósł kieliszek do góry i większość osób zrobiła to samo. Moje policzki pokrył rumieniec, gdy Viv uniosła swojego szampana z cichym "Za zdrowie idiotów" - Wracając do naszej prezentacji. Louis, pozwolę się do niego zwracać po imieniu, ponieważ już dawno przeszliśmy na "ty", już od szkoły średniej się... no cóż wyróżniał.- Hazz spojrzał się z uśmiechem na kolejną fotografię*, musiał zrobić ją krótko przed tym jak wyjechałem, bo przestałem ubierać się jak dziecko, tylko jak ktoś poważny, czyli w koszule i zwykłe jeans'y, a nie jakieś kolorowe rurki.- Tylko na przestrzeni lat, to troszkę uległo zmianie. Wcześniej, delikatny, skromny, zawsze uśmiechnięty, przynajmniej starał się uśmiechać.- kolejne zdjęcie*, zakryłem twarz w dłoniach. Nie obyło się bez pasków i wyszczerzu na mojej twarzy- Miał swojego przyjaciela, wyróżniał się swoim strojem i gdyby nie obelgi ze strony kolegów, pewnie byłby też popularny.- zdjęcie* z Liamem, kiedy miał jeszcze bardziej kręcone włosy niż Harry i zanim mnie namówił do noszenia koszul w kratę.- Teraz natomiast jest chłodnym, surowym i wymagającym pracodawcą.- fotografia*, gdzie nie zwracałem uwagi na Harry'ego, zanim rozwaliłem aparat. Włosy wzniesione do góry, tak jak i wzrok.- Jednak w ciągu ostatniego miesiąca zbliżyłem się do niego, można powiedzieć, że zostaliśmy bliskimi przyjaciółmi. Każdego dnia poznawałem jego osobowość.- o nie... tylko nie to zdjęcie*. Spłonąłem jeszcze większym rumieńcem, gdy na ekranie pojawiła się fotografia jak Harry całuje mnie w policzek.- Tą czarująca stronę... romantyczną... nawet tą załamaną, czy pocieszającą... delikatną... zawziętą... ostrą... smutną, szczęśliwą, ale przede wszystkim prawdziwą. Powiedzmy szczerze, kto poznał go BLIŻEJ?- zaakcentował ostatnie słowo i spojrzał się po tłumie ludzi. Niektórzy niepewnie podnieśli ręce, a wśród pozostałych przebiegły szepty. Obejrzałem się po wzniesionych dłoniach... 27 osób. Z samej tej sali. O kurwa.- Tak sądziłem. Pewnie każdy został tak samo potraktowany, nie zagłębiajmy się w szczegóły, bo nie o to tutaj chodzi. Zobaczmy, każdy po krótki spotkaniu z nim pomyślał o nim tak samo - "skurwiel", bądź inne synonimy tego słowa. Jednak, czy ktoś pomyślał, co może być pod tą maską? Co może być powodem jego zachowania? Jaką tajemnicę może skrywać? To samo dzieje się z każdym z nas. Problemy, przeżycia, ból, to wszystko powoduje, że chcemy udawać inne osoby. Niewzruszone, z zewnątrz twarde jak skała, w środku kruche jak porcelana. Zamykamy się na innych, zatrzaskujemy drzwi przed ludźmi i myślimy, że udając, że problemu nie ma, to on rozwiążę się sam. Przykro mi stwierdzić, że tak nie jest. Utrzymujemy, że nasze kłopoty są najważniejsze, że my mamy najgorzej. Zwróćmy uwagę, że jest to trochę samolubne, aczkolwiek dla nas lepsze... teoretycznie. Może właśnie otwierając się na niektóre osoby, bo nie mówię, że każdemu mamy ufać, możemy właśnie pomóc drugiej osobie i sobie samemu. Na przykład odnajdując swoją miłość.- Harry przerwał na chwilę i uparcie próbował wychwycić jedną osobę. Gdy w końcu nasze spojrzenia się skrzyżowały odetchnął ciężko- Może warto komuś oddać klucz do naszego serca? Do naszych sekretów? Naszego życia? Może ta osoba będzie jak lekarstwo na cierpienie, jak narkotyk na szczęście, jak spełnienie wszystkich marzeń? Może. Jedyny sposób, żeby się tego dowiedzieć to spróbować. Złamać swoje własne zasady, zaufać, pomóc.- jego głos się załamywał i nie mogłem odwrócić spojrzenia od tych zielonych oczu, które z każdą sekundą hipnotyzowały mnie swoim blaskiem.- Przestać interesować się tylko ludziom we własnej klasie, randze społecznej, ale uśmiechnąć się i do tych najbiedniejszych. Każdy z nas zaczął inaczej, ale każdy skończy tak samo. Jak to powiedział Jan Paweł II: Nie żyje się, nie umiera się, nie kocha się - na próbę.- zakończył szeptem i zbiegł ze sceny bez żadnego ukłonu. Na ekranie nadal przewijały się zdjęcia, na szczęście już nie moje. Ludzie wiwatowali, bili brawa, niektórzy nawet gwizdali. Ludzie stojący najbliżej mnie rzucali ukradkiem spojrzenia, pełne obrzydzenia i zniesmaczenia. Westchnąłem, bo teraz oprócz łez ściekających po moich policzkach, nie liczyło się nic.
    Po kilku minutach na scenę weszli obaj mężczyźni. Blondyn w białej koszuli, siwych jeansach i szerokim uśmiechem na twarzy z uśmiechem, którym zaraziłby nawet ponurego kosiarza oraz cudownym, irlandzkim akcentem. Drugi był Harry, w czarnych spodniach, rozpiętej koszuli w takim samym kolorze, która ukazywała jego dwa tatuaże w postaci jaskółek i delikatnym spojrzeniem, ukazującym jego łagodną naturę.
    Mężczyzna z białą kopertą uśmiechał się delikatnie raz do fotografów, raz do publiczności i powoli otwierał papier, żeby dodać dramatyzmu tej scenie. Przewróciłem oczami, to było wiadome, że Harry wygra, bo powiedział coś, na co wszyscy czekali. zdradził tajemnice kogoś sławnego, odkrył przed nimi jego tożsamość. Szkoda, że tym kimś byłem ja. Czułem się jak małe dziecko, które kłamie do mamy, a ona go na tym przyłapuje, albo nagi, z którego zdarli wszystkie ubrania. Zdradził coś, czego nie chciałem, żeby inni we mnie widzieli. Widzieli moją słabą stronę.
    Mężczyzna ogłosił wygraną Loczka, Vivienne i dwie osoby siedzące przede mną, aż wstali, żeby chłopak mógł widzieć to, że są z niego dumni. Hazz przytulił swojego (obecnie już byłego) rywala. Był to dość długi uścisk, po którym brunet wskazał palcem w moją stronę. Oboje się odwrócili, brunet z delikatnym uśmiechem, a blondyn ze zdziwieniem. Spojrzał się na Hazzę i coś mu szepnął na ucho. Harry posmutniał, ale chwile później znów się wyszczerzył, bo ten cały Niall wybuchł śmiechem.
    Moje serce było w kawałeczkach. Gdy obserwowałem miłość mojego życia, jak jest szczęśliwy u boku kogoś innego. Nie zasługuję na kogoś takiego jak on. Przynajmniej teraz będzie szczęśliwy. Znalazł kogoś, kto jest dla niego odpowiedni.
    A ja jak zwykle zostanę sam.
    Podniosłem się z krzesła, w oczach miałem łzy, bo nie chciałem dopuścić do siebie wiadomości, że to nie ja jestem powodem jego szczęścia.

~Harry's POV~

    Po ogłoszeniu wyników przytuliłem Nialla, bo byłem z niego dumny tak samo jak on ze mnie. Może nie przyjaźniliśmy się nigdy, ale ostatnio dużo rzeczy nas zbliżyło, zwłaszcza, gdy obaj trafiliśmy na tą wystawę. Był wspaniałym chłopakiem, uroczym, zabawnym i bardzo optymistycznym.
     - Jeśli się odwrócisz i spojrzysz na przed ostatni rząd to zauważysz śliczną szatynkę, która przez całą wystawę nie mogła oderwać od ciebie wzroku.- wskazałem palcem na miejsce, gdzie siedziała- Siedzi dokładnie przed  Louisem Tomlinsonem, ma na imię Rosmery i chyba wpadłeś jej w oko.- odwróciliśmy się w stronę publiczności. Uśmiechnąłem się w stronę Rose, a ona delikatnie mi pomachała z uśmiechem na twarzy. Niall ściągnął brwi i spojrzał się na mnie.
     - Coś ty stary, nie w moim typowe.- powiedział, a mój uśmiech przygasł. Ugh... to było dziwne, tylko się zbłaźniłem... a może jednak nie, bo blondyn wybuchnął śmiechem i położył dłoń na moim ramieniu.- Żartuje, jest śliczna, a ty idź odbierz nagrodę.- powiedział i puścił mi oczko.
~*~
    Bankiet był wyśmienity, każdy gratulował mi szczerej i odważnej przemowy. Inni uważali, że nie mogą się doczekać, kiedy pojawią się moje pierwsze zdjęcia w "People", a parę osób zasugerowało, że wynajmie mnie teraz na swoje wesele. Rose była bardzo dumna, ale musiała szybko wracać do Teddy, bo ta już tęskniła za nią. Wszystko to przyjmowałem z uśmiechem na twarzy, chociaż w sercu czułem wyrzuty sumienia, że zraniłem Louisa. On to wszystko słyszał, może teraz zrozumie niektóre sprawy, ale nadal - zachowałem się wobec niego nie fair.
     - Panie Styles, gratuluję wystawy!- powiedział mężczyzna w czarnych okularach, którego włosy były przyprószone siwizną.- Nazywam się Michael Smith i prezentuję panią Cher Lloyd.
     - Czyli menadżer?- spytałem przyglądając się mężczyźnie z jednym złotym zębem.
     - Otóż to. Pani Cher byłaby zachwycona, gdyby poświęciłby pan trochę czasu, przyjechał do Wielkiej Brytanii i urządził małą sesję, hm?- zapytał, a ja zmarszczyłem brwi.- Oczywiście, wszelkie koszty pokryjemy.- odpowiedział. Westchnąłem i uśmiechnąłem się delikatnie. Cóż, może trochę czasu w rodzinnym kraju trochę pomoże.
     - Z przyjemnością.
***
notka od autorki: nie zabijcie mnie za brak rozdziału, dobrze? po prastu tyle działo się w moim życiu, że jestem do tyłu o 3 rozdziały, ale do końca tygodnia pojawi się 26 i 27, chociaż niczego nie obiecuję! Macie tutaj taką rozpiskę (mniej więcej):
26 i 27 - do 21 powinny być
28 - 20/21, zależy kiedy dodam wcześniejsze
29- 23
30- 28
epilog- Sylwester
Ogarniacie że tylko 5 rozdziałów i koniec? ._. nie wierzę, 2 tygodnie.... 
Rozdział dedykuje każdemu, który to przeczyta xxx Dziękuję, że ze mną jesteście, bez was nie byłoby tego bloga :) 
Wasza Lucy xx

czwartek, 4 grudnia 2014

Rozdział 24

Dałabym tu SOML, ale nie wiem czy pasuje ^^ początek jest wesoły!

Louis POV

      - LOUIS!- usłyszałem wrzask za sobą. Uśmiechnąłem się szeroko i podniosłem z krzesełka. Odwróciłem się i zobaczyłem bliźniaków, biegnących w moją stronę. Przeskoczyłem przez siedzenia i ruszyłem im na przeciw. Gdy byłem blisko nich, gwałtownie wyhamowali, zlustrowali mnie wzrokiem i podeszli z szeroko otwartymi ustami. Dan dotknął mojego czoła, a ja nie wiedziałem zbytnio o co im chodzi.
     - Nie ma gorączki?- szepnął przerażony Max.
     - Ja pierdole... co wam odbiło?- warknąłem i zarzuciłem im ręce na szyje.
     - Idiota.- mruknął Dan i wtulił się we mnie. Max zrobił tak samo. Nie mogłem uwierzyć w to, jak bardzo się za nimi stęskniłem.
     - Czemu się w to ubrałeś?- zapytali równo, co było dla nich typowe. W sumie dla naszej 4, bo często mieliśmy tak, że mówiliśmy coś w tym samym czasie, lub reagowaliśmy identycznie na daną sytuacje.
     - Co was to interesuje?- uciąłem, a po chwili usłyszałem krzyki Jerry'ego. Westchnąłem i uniosłem głowę znad burzy włosów bliźniaków. Chciałem iść, jednak chłopcy mnie nie puścili. Ruszyliśmy wtuleni w siebie, aż w końcu znaleźliśmy mamę i mojego najstarszego brata. Jerry kłócił się z moim pracownikiem, żeby zostawił jego bagaże, a George nie wiedział co robić, bo ja kazałem mu zabrać je do samochodu. Westchnąłem, po czy zagwizdałem głośno. Bliźniacy odsunęli się oburzeni, a mama, Jerry i ochroniarz odwrócili się w moją stronę. Kobieta pisnęła, a oczy jej się zaszkliły.
     - Lou...- Jerry podbiegł do mnie, ale wyhamował jak bliźniacy.- Nie jesteś chory? Myślałem, że w garniaku będziesz...
     - Jejku, syneczku!- mama nagle się na mnie rzuciła i zmiażdżyła w silnym uścisku. Przez chwilę zabrakło mi tchu, jednak kobieta wreszcie się odsunęła i położyła mi dłonie na ramionach. Zlustrowałem ją wzrokiem. Była ubrana w białą bluzkę, z koronkowym rękawem, czarne spodenki 3/4 oraz baleriny. Spojrzałem na chłopaków - każdy z nich bokserkę ze śmiesznym napisem i spodnie do kolan.- Syneczku... Przecież ty tak w liceum chodziłeś! Zawsze kupowałam ci czerwone, bordowe lub...
     - Mamo skończ.- jęknąłem, a moi bracia wybuchnęli śmiechem. Nie trwało to długo, bo oni znowu do mnie przylgnęli.- George, zabierz bagaże do limuzyny.- Poczułem, że Jerry bardziej się we mnie wtula zawstydzony. Zachichotałem i przytuliłem ich mocniej.
     - Jedziemy do mnie?
     - TAK!- powiedzieli równo.
~*~
     - ZAJMUJĘ GOŚCINNY NA GÓRZE!- Dan wybiegł jako pierwszy z windy. Rzucił swoją walizkę na korytarzu, a wbiegł po schodach ze swoją torbą podręczną.
     - NIE! TY SPAŁEŚ TAM OSTATNIM RAZEM! JA TAM ŚPIĘ!- pisnął Max i pobiegł za nim.
     - Chłopaki, ale już pozostałe sypialnie są gotowe do użytku. Nie śmierdzi w nich farbą, ani nic. Tylko znajdę wam pościel.- nie zdążyłem skończyć, a usłyszałem pisk Dana.
     - LOUIS! BIORĘ TĄ ZIELONĄ!- krzyknął młodszy z bliźniaków z góry. Max i Jerry spojrzeli po sobie, po czym obaj popędzili po schodach przekrzykując się, szturchając i popychając, żeby zająć jeden z pięciu pokoi gościnnych.
     - Dzieci.- powiedziałem równo z mamą. Oboje zaśmialiśmy się krótko i omijając walizki, ruszyliśmy do salonu. Mama usiadła na kanapie i obejrzała się po wnętrzu.
     - Trochę tu inaczej, niż gdy byliśmy tu ostatnio.- westchnęła.
     - No bo jest po remoncie.- usiadłem obok niej.
     - Więc... co masz w tym mieszkaniu?- zapytała niepewnie.
     - No... na dole jest kuchnia, jadalnia, której praktycznie nie używam, bo nie mam z kim tam jeść, łazienka, salon, to takie podstawowe. Mam też dużą spiżarkę, gdzie mam droższe alkohole, słodycze i różne domowe przetwory, które wysyłasz mi na święta. Kobieta zarumieniła się, a ja mówiłem dalej:
     - Mam też gabinet i pokój muzyczny, który rzadko odwiedzam, bo nie mam czasu, żeby grać na gitarze, czy śpiewać. No a na górze są sypialnie, dwie łazienki, garderoba i biblioteka.
     - Wow... duży ten dom. Pewnie tak smutno mieszkać tu samemu?
     - Trochę mi was brakuję...
     - Wiesz, że nie o tym mówiłam.
     - Ugh.- jęknąłem.- Czasami gosposia przychodzi...
     - Louis.- powiedziała rzeczowym tonem, tym samym, którego używała, by wydobyć z nas prawdę.
     - Nie mieszkam z Harrym. I my nie jesteśmy razem. Już. Jeśli kiedykolwiek byliśmy...
     - Skarbie, co się stało?- zapytała, ale usłyszeliśmy kroki z góry. Jęknąłem i zwróciłem się w stronę biegnącego brata.
     - Zobacz co mam!- pisnął Dan, wchodząc z moją gitarą. Położył ją na stole i wtulił się we mnie.- Zagrasz nam?
     - LOUIS!- usłyszałem kolejny krzyk, który tym razem należał do drugiego z bliźniąt. Wbiegł do salonu i usiadł mi na kolanach. Jęknąłem z bólu, a on zachichotał. I że niby oni mają po 17 lat?!- To ten twój chłopak?- wystawił ramkę ze zdjęciem moim i Hazzy. Zarumieniłem się, gdy bliźniacy zaczęli cmokać w powietrze i śmiać się ze mnie. Trochę dziwiłem się, że z takim entuzjazmem przyjęli to, że ich starszy brat ma chłopaka, zamiast się nim brzydzić. Miał. Ma. A może jednak nie ma? Nagle wbiegł Jerry, miał czerwone policzki, a w oczach tańczyły mu wesołe ogniki. To nie wróżyło nic dobrego.
     - Ty.- wskazał na mnie szczerząc się zadziornie.- Masz tego całą szafkę.- z jego dłoni rozwinęły się paczuszki prezerwatyw. Moje oczy rozszerzyły się na widok dwóch sznurków gumek (dodam, że każdy z nich miał po 10 kondomów), które trzymał Jerry. Chłopaki wybuchli śmiechem, a Max nawet spadł z moich kolan i turlał się po podłodze. Mama zakryła usta dłonią, a ja nie wiedziałem, czy ona się śmieje, czy jest zszokowana.
     - Louis... po co ci tego tyle?
     - Oh, mamo! Żebyś zobaczyła co on tam jeszcze ma!- Zerwałem się z miejsca i zakryłem mu usta dłonią, bo szykował się do wymieniania moich rzeczy, które znalazł. Bliźniacy rechotali z mojej reakcji i łapali się za brzuchy. Jerry próbował się wyrwać, więc polizał moją dłoń. Odskoczyłem jak oparzony i wytarłem rękę o spodnie. Założyłem ręce na biodra. Bliźniacy podnieśli się, Max stanął obok mnie, a Dan na przeciwko, u boku Jerry'ego. Wyszczerzyłem się i pokręciłem głową z politowaniem. To oznaczało wojnę na łaskotki. Spojrzałem na starszego z bliźniaków i rzuciliśmy się na pozostałych. Całe mieszkanie wypełniły nasze krzyki oraz śmiechy.
    Po 10 minutach leżeliśmy na podłodze, wtuleni w siebie i chichotaliśmy razem. Nigdy w życiu nie czułem się tak wspaniale... no może oprócz sytuacji, gdy byłem z Harrym. Jerry dźgał Maxa w żebra, żeby się przesunął, bo nie ma jak mnie objąć, ale chłopak nie miał zamiaru się ruszyć. Dan miał jednak spokój, bo położył się z drugiej strony i bawił się moją koszulką. Próbował doliczyć się wszystkich pasków, jednak, nigdy nie był dobry z matmy, więc szybko się zgubił i musiał zaczynać od nowa.
     - Gdzie mama?- zapytałem w końcu, unosząc głowę.
     - W kuchni!- krzyknęła i po chwili pojawiła się w drzwiach z tacką na której było 5 fioletowych kubków. Podnieśliśmy się w tym samym czasie i usiedliśmy na kanapie. Spojrzałem, na parujący napój, który przyniosła mama. Pochyliłem się, żeby powąchać zawartość, a chłopaki zrobili to samo.
     - Zrobiłaś milkę z expresu?- zapytałem, a mama pokiwała głową.- Może chcecie ciastek do tego?
     - TAK!- bliźniacy zerwali się i chcieli pędzić do kuchni, lecz pociągnąłem ich za ręce. Gestem dłoni wskazałem im, żeby szli za mną. Zaprowadziłem ich w stronę bocznego korytarza, który większość osób omijała, bo znajdował się obok kolekcji płyt, nie był może największy, ale prowadził do trzech wyjątkowych pomieszczeń. Zapaliłem światło i otworzyłem drzwi po lewej stronie. Pomieszczenie było bordowe, z białym sufitem. Na każdej ścianie znajdowały się brązowe półki z różnymi rzeczami.
     - Tylko coś stłuczecie, a was powieszę za uszy przez okno.- zagroziłem im. Weszliśmy do środka, a oni wydali zduszony okrzyk. Przyglądali się wszystkiemu z ciekawością, a ja przechadzałem się wzdłuż wąskiego, lecz długiego pomieszczenia.
     - Tu jest idealnie.- powiedzieli i zaczęli przeglądać moje kolekcje z najrozmaitszymi produktami spożywczymi. To był mój mały świat tego co lubię, muszę przyznać, że jestem niezłym łakomczuchem. Po prawej stronie miałem specjalną półkę na wina - białe, czerwone, różowe, szampany- oraz inne droższe alkohole. Na przeciw drzwi, była słynna kolekcja rzeczy, które dostałem od mamy, babci lub ciotek, bo "bardzo się o ciebie martwimy Louis, pewnie zapominasz o jedzeniu, tak bardzo pracujesz!". Różnego rodzaju konfitury, dżemy, kompoty, weki z owocami oraz powidła. Jednak uwagę chłopców przykuła ściana, gdzie znajdowały się słodycze. Każdy możliwy smak ciastek (głównie pierniczków), żelków, chipsów, cukierków, czekoladek, nawet były tu gumy owocowe, lizaki oraz bombonierki, na każda okazję. Było to najlepiej klimatyzowane pomieszczenie w mieszkaniu, więc nie zdziwiłem się, gdy bliźniacy trzęśli się z zimna.
     - Wiecie co, powoli mi się to kończy. Może pójdziecie z Jerrym do marketu i zrobicie wielkie zakupy, hmm?- spojrzałem na nich. Wyszczerzyli się i energicznie pokiwali głowami. Wróciliśmy do salonu, Jerry błagał mamę, żeby pozwoliła mu wypić swoją porcję milki, jednak ona była nieugięta. Czasami miałem wrażenie, że czas stanął w miejscu, tylko miasto się zmieniło, a braci są trochę wyżsi. Mimo to - nadal zachowywali się jak małe dzieci.
     - Jerry! Idziemy po słodycze!- pisnął Max, ruszył w moją stronę podskakując i stanął za mną wtulając się w moje plecy. Zmierzwiłem mu włosy i popatrzyłem na chłopaka w kruczoczarnych włosach. Wzruszył ramionami, a ja westchnąłem i poszedłem do kuchni. Bliźniacy szli krok w krok za mną. Otworzyłem jedną z szuflad i wyciągnąłem pliczek kart kredytowych. Zacząłem je przeglądać, żeby dać odpowiednią braciom.
     - Ta nie, bo z tej płace pracownikom... ta też nie, bo ta na materiały... ta jest na rzeczy w T.T.I.C... a ta na czarną godzinę... ugh, a ta na lokacie... ta też firmowa...- chłopcy mieli coraz szerzej otwarte usta, jednak ja nie zwróciłem na nich zbytniej uwagi.- O! Ta jest na jedzenie!- podałem im kartę z motywem cukierków. Za każdym razem,  gdy byłem w banku, wybierałam sobie kolorowe, wzorkowane karty lub z dowolnym motywem. Miałem ich tyle, że dzięki temu, łatwiej było mi je odróżnić.
     - Na jedzenie?- prychnął Dan.- Co masz może osobną na ubrania, na randki, samochody i prezenty?
     - Taaak.- mruknąłem niewzruszony. Wyciągnąłem czarno-białą kartę w kratę.- To na ciuchy.- wziąłem kolejną z zabytkowym samochodem.- Na benzynę, mechaników i nowe pojazdy, ewentualnie szoferów, ale ostatnio jeżdżę sam. No, a ta z winem jest na kolacje, randki i inne te sprawy. A z choinką na prezenty, które co rok wysyłam bliskim.- uśmiechnąłem się do nich. Byli w niezłym szoku przez pewien czas. Nie ruszali się, ani nawet nie zauważyli, gdy Jerry wszedł do środka.
     - Idziecie?- zapytał i pociągnął ich za sobą.- Ile możemy wydać?
     - Ile chcecie, tylko pamiętajcie, żeby kupić...
     - PIERNICZKI!- zawołali równo i weszli do windy. Pokręciłem głową i po cichu wróciłem do mamy. Trzymała złączone dłonie na kolanach i nerwowo bawiła się pierścionkami. Usiadłem obok niej, wtuliłem się w jej plecy i zacząłem płakać. Najpierw delikatnie, jednak powoli to przechodziło w szloch. Czułem się okropnie, miałem wyrzuty sumienia, wstydziłem się samego siebie, tego co zrobiłem tego jak zaniedbałem rodzinę. Z każdą łzą, mój smutek wychodził na światło dziennie, jakby cały ciężar opadał z serca.
    Opowiedziałem jej całą historię, co chwila wybuchając płaczem i kontynuowałem dopiero, gdy mama zdołała mnie uspokoić. Powiedziałem jej o tym, co robiłem z kobietami, co było dla niej nie lada wyzwaniem, bo spięła się na myśl, że jej kochany synek, tak poniżał kobiety (i mężczyzn). Powiedziałem jej, o tym jak spotkałem Harry'ego, jak spędziłem z nim cudowne chwile, jak mocno go pokochałem, tylko bałem się go skrzywdzić, moim charakterem. Że oboje za bardzo się w sobie zatracimy i wtedy rozstanie będzie jeszcze gorsze, niż jest teraz. O tym co powiedział mi wczoraj, o tym, co zrobiłem Viv, a on to widział, o tym jak cierpiał. Przytulała mnie mocno i głaskała po plecach, starając się powstrzymać moje łzy. Jak skończyłem jej mówić o tym wszystkim, rozpłakałem się na dobre, a ona (sam nie wiem kiedy) wciągnęła mnie na kolana. Cóż, pewnie było jej trochę ciężko, bo nie ważę tyle, co kilkanaście lat temu. Jednak czułem się w jej ramionach bezpiecznie, bezbronny, jakby wszystko dookoła nie mogło mnie dosięgnąć.
~*~
    Louis przez kilka dni unikał swojej mamy. Nie chciał jej mówić o zniszczonych butach, ani o tym, że koledzy się nad nim znęcają, że go poniżają. Nienawidził ich z całego serca, ale jeszcze bardziej nienawidził okłamywać mamy, więc kiedyś musiał jej o tym powiedzieć.
    "Kiedyś" - mówił do siebie za każdym razem, gdy na stopy zakładał stare, zniszczone trampki,w których sznurówki już się rwały, a podeszwa powoli odpadała. Będzie musiał sobie kupić kolejne buty, tym razem, jakieś zwykłe, żeby nie smucić się, gdy znowu je zniszczą.
    Omijanie mamy wychodziło mu zręcznie, nikt z rodziny nie domyślał się, że to wszystko było ustawione. Rano wstawał przed nimi, robił każdemu śniadanie, zostawiał je na blacie w kuchni i wychodził szybko do szkoły. Zwykle siedział około 30 minut na korytarzu, a jedynymi osobami, które znajdowały się tam wraz z nim były woźne i chłopak z czapką na głowie, wpatrzony w wyświetlacz swojego telefonu (chodź parę razy miał ze sobą aparat i również wpatrywał się w jego ekran). Louis na przerwach siedział w łazience, bądź bibliotece, żeby nie spotkać ludzi, którzy sprawiają, że cierpi, a na lekcji siedział w pierwszej ławce, a najbliższa osoba, siedząca za nim, znajdowała się dopiero w czwartej. Udawało mu się wszystkich omijać przez jakiś tydzień, może nawet półtora, jednak jego mama była inteligentną i spostrzegawczą kobietą, więc szybko spostrzegła, że coś jest nie tak. Któregoś pięknego dnia (jakby jakikolwiek dzień dla Louisa był piękny) zszedł do kuchni z tym samym celem co zwykle, lecz tym razem czekała na niego mama z kubkiem kawy w ręce i spojrzeniem świdrującym wejście do pomieszczenia, w którym obecnie stał Louis. Niebieskooki chciał się wycofać, jednak mama przywołała go do siebie i kazała usiąść na krześle. Czekali. Długo, nawet bardzo. Siedzieli w ciszy, bo bliźniacy byli na wycieczce, a Jerry siedział w swoim pokoju.
    " Najwyżej nie pójdę do szkoły" - Louis powiedział do siebie w myślach i uśmiechnął się, bo cieszył się, że chociaż dzisiaj nie spotka tych ludzi. Jego mama czekała. Z jej spojrzenia można było odczytać, że jest zła, ale też zmartwiona. Bardzo martwiła się o swojego synka, nawet jeśli przypominał jej o mężczyźnie, którego kochała, a ten opuścił ja, gdy dowiedział się o ciąży. Później jednak znalazła sobie kogoś innego - czyli ojca Jerry'ego i bliźniaków, który pozwolił nazwać się ojcem Louisa i to po nim chłopak miał nazwisko. Jednak, bo trzeciej ciąży, uznał, że Jay jest za gruba i za stara dla niego, więc i ten ją opuścił, a Max i Dan chowali się bez taty. Czasem spotykał się z tą trójką chłopaków, bo Louisa przestał uznawać za swojego syna i nie chciał go widywać, wtedy Lou był strasznie smutny, ale to nie mogło być to!- pomyślała jego mama- przecież oni nie widzieli się ostatnio ze swoim ojcem...
    Po pewnym czasie i namowach mamy, Louis opowiedział jej wszystko. Siedział jej na kolanach i strasznie płakał w jej ramię, a połowy rzeczy, które wydobyły się z jego ust, nie zrozumiała, jednak była tutaj dla niego i słuchała co mówi jej syneczek. Nawet Jerry, gdy wychodził do szkoły, nie wszedł do kuchni, tylko ominął pomieszczenie i wyszedł na zewnątrz.
    - Shh... cichutko kochanie.- szeptała mu na ucho. Czuł się w jej ramionach bezpiecznie, nikt nie mógł mu zrobić krzywdy. Była dla niego jak rycerz, jak bohater. Cieszył się, że ją ma.
~*~
    - Może pójdź tam i go przeproś, hmm? Pogadaj z nim LouLou, bo nie warto tracić tak cudownego chłopaka, przez głupi błąd. Wydaję się być wspaniały, z tego co mi opowiadałeś. A najważniejsze jest to, że uszczęśliwia mojego synka. Na pewno ci wybaczy, jeśli tylko powiesz mu to, co na prawdę czujesz.- wtuliłem się w nią mocniej i otarłem łzy. Nagle usłyszałem kłótnie bliźniaków, co oznaczało, że wrócili ze swojej misji. Jęknąłem, podniosłem się, a mama zachichotała. Weszli do salonu z kilkunastoma reklamówkami jedzenia i ... pracownikami hotelu. Nigdy więcej nie dam im wolnej ręki!
     - Wzięliśmy szofera!- powiedział Dan i rzucił siatki przede mną.- A oni- wskazał na dwóch zagubionych mężczyzn, którzy zbytnio nie wiedzieli co z tym zrobić.- pomagają nam to wnieść.- drzwi od windy otworzyły się po raz drugi. Jerry i troje kolejnych, zupełni mi obcych facetów, weszli do środka. Mężczyźni zanieśli to do salonu, gdzie starszy z moich braci kazał im to postawić... no obok mnie.
     - Więęęęęęc...- przedłużyłem to słowo, żeby zwrócili na mnie uwagę.- Gdzie są pierniczki?- spytałem i rozejrzałem się stosach reklamówek.
     - W tej trzeciej po lewo... nie to lewo! Moje lewo idioto!- prychnąłem i zacząłem szukać ciastek, aż usłyszałem pisk mamy:
     - Louis! Oni na to wydali pewnie kilkaset dolarów, a ty po prosty pytasz "gdzie są pierniczki?"?!- przeraziła się. No tak, ona nie była przyzwyczajona do mojego wydawania pieniędzy.
     - Kochana mamusiu, powiem ci, że na tej karcie było grubo ponad 15 tysięcy. Może nawet więcej. Powiem ci również, że na kilku kartach liczba przekracza sześć zer.- uśmiechnąłem się do niej, a ona zakryła usta dłonią.
    Zdecydowanie za często ich szokuję.
~*~
    Jest już 2 w nocy, a ja nie mogę spać. Leżę na kanapie z lampką wina w ręce i pudełkiem ciastek na stoliku. W myślach jestem gdzieś z daleko stąd i nadal zastanawiam się, czy otworzyć prezent od Eda. Przynieśli mi go parę godzin temu, gdy próbowałem wyciągnąć bliźniaków z mojego gabinetu, ale dopiero dzwonek do drzwi ich uspokoił (wcześniej zagroziłem im, że wezwę policję). Poczekałem, aż wszyscy usną i odpakowałem go. Najpierw zobaczyłem liścik i od tamtej pory nie wiedziałem, czy chcę to oglądać dalej.
"Album ze szkoły, jak byliśmy na ostatnim roku. Otwórz na 1 klasie. Ed xx"
Niby z Ed'em chodziliśmy do różnych szkół, ba! nawet w różnych miast, bo się wyprowadził, ale utrzymywaliśmy ze sobą kontakt i często się spotykaliśmy. Nie wiem co to miało znaczyć, ale bałem się dalszej części tego, co tam jest. Jednak po dłuższych rozmyślaniach, rozerwałem papier i moim oczom ukazał się wcześniej wspomniany album. Pierwsze co zrobiłem to znalazłem siebie i uśmiechnąłem się delikatnie, na widok 18-letniego chłopaka z grzywką i tradycyjnie granatową bluzką w białe paski (wow, zaszalałem wtedy. Kolory w innej kolejności.) Potem przewinąłem na 1 klasę, ludzie urodzeni w roczniku 1994. Przeglądałem kartki i przelatywałem nazwiska, ale zatrzymałem się przy jednym z nich.
"Harry Styles, rok 2009/2010, klasa 1, kierunek fotografia"
    Zakląłem w myślach i nie mogłem przestać wpatrywać się w zdjęcie chłopaka z czapką na głowie. Tego samego, który codziennie siedział na korytarzu i oglądał prawdopodobnie zdjęcia. Wspomnienia przyszły do głowy jak burza, a serce zatrzymało się. To jest niemożliwe. Czy... czy tym chłopakiem, którego Harry pokochał jak miał 16 lat, byłem ja?
~*~
     - No, a teraz do szkoły!- Jay uśmiechnęła się, a Lou jęknął i podniósł się z jej kolan. Nie poszedł tylko na pierwszą lekcję - historię. Poszedł na korytarz i zaczął się ubierać. Nie spieszyło mu się jednak, miał nadzieję, że nie pójdzie też na hiszpański, więc jego ruchy były spowolnione o połowę i gdyby nie jego mamę, która na niego krzyknęła, pewnie wiązałby buta po raz czwarty. Zachichotał i wyszedł z domu, zabierając swoją torbę. Miał o dziwo dobry humor, cieszył się, że porozmawiał z mamą. Miał nadzieję, że nic nie zniszczy tego dnia, jednak się mylił. Gdy tylko otworzył drzwi szkoły, ktoś na niego wpadł, powodując, że Lou odrzucił głowę do tyłu. Złapał się za nos i syknął cicho.
     - Oops, niezdara ze mnie, nic ci nie jest?- zapytał jakiś chłopak. Lou pokiwał głową i wyprostował się, nadal trzymając swój nos.
     - Hej, uhm... chyba jest w porządku.- powiedział i otworzył oczy, lecz ledwo co, bo wszystko go bolało, a z nosa zaczęła lecieć krew. Jedyne co zauważył to zielone oczy chłopaka, który teraz pędził w stronę boiska z aparatem powieszonym na szyi. Lou uśmiechnął się, że nie pójdzie na kolejną lekcję i skierował swoje kroki w kierunku gabinetu pielęgniarki.
***
notka od autorki: Zwaliłam tej rozdział po całości. Za dużo dialogów, za mało opisów uczuć. Za krótki. Nudny. Okropny. Nienawidzę siebie za ten rozdział. Więc w ramach rekompensaty powiem wam pierwszą część niespodzianki:
Po zakończeniu Rules, będę pisała kolejne ff :) 
To było moje 1 ff, które wzięłam tak na poważnie, więc każde kolejne to nie będzie to samo, jednak nie wyobrażam sobie życia bez pisania i jak skończę rules, zabieram się za kolejne. Szczegółów na razie wam nie podam, bo będą kolejne cześci niespodzianki ^^
PAMIĘTAJCIE O #RULESMEMORIES!
Ahh no i epilog powinien pojawić się 31 grudnia :D
P.S.: podoba mi się jedynie to nawiązanie do "oops" i "hi" heheheh :D
Wasza Lucy xx